obrazy nie zostały wyświetlone

Złe dzieci PREMIERA KSIĄŻKI

W Złych dzieciach siermięga lat 80. przeplata się z rzeczywistością okupacyjną, która wraca echem w czasach obecnych. Dominik Rutkowski z finezją buduje napięcie, prowokuje zderzeniem perspektyw i zręcznie myli tropy. Opowiada o piekle izolacji i uwięzieniu w trybach historii – tej powszechnej i tej jednostkowej, której towarzyszy niezawinione cierpienie.

Złe dzieci książka

Jest zima roku 1984, umęczeni absurdami schyłkowego PRL-u warszawiacy grzęzną w śnieżnej brei. Mietek, student oprowadzający po mieście zagranicznych turystów, odbiera z hotelu parę Norwegów. Szybko staje się jasne, że milczący przybysze nie są zainteresowani zwiedzaniem stolicy i zamierzają się oddać tajemniczym poszukiwaniom. O tym, co było ich przedmiotem, Mieczysław dowie się dopiero trzydzieści lat później. Makabryczna prawda wstrząśnie nim i popchnie ku własnemu śledztwu, które zakończy wizyta na cmentarzu w prowincjonalnym norweskim miasteczku. Odpowiedź wcale nie przyniesie ukojenia.

Dominik Rutkowski “Złe dzieci” to jego piąta książka

Urodził się w Warszawie w 1968 roku. Dziennikarz. Ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, potem jako redaktor w wydawnictwie pouczającym, jak skutecznie nie płacić podatków. W 1995 roku opuścił stolicę i wyprowadził się na Pomorze Zachodnie, gdzie mieszkał przez pięć lat, zmagając się “w pięknych okolicznościach przyrody” z trudną rzeczywistością przechodzącej bolesną transformację popegeerowskiej wsi, na której osiadł. Po powrocie do Warszawy pisał scenariusze filmów dokumentalnych, recenzje książkowe, pracował przez sześć lat jako sekretarz redakcji w kolorowych magazynach. Autor artykułów między innymi w “Biografiach”, “Focusie”, “Focusie Historia” i “Playboyu”. Za młodu trenował pływanie i hokej. Dziś można go spotkać na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu, trybunach stadionu Legii i w jednym z warszawskich klubów bilardowych. Kibic piłkarski, miłośnik muzyki klasycznej, każdą wolną chwilę poświęca czytaniu, a kiedy fundusze na to pozwalają jedzie w świat. Odwiedził m.in. Mongolię, Syberię, Chiny, Maroko, Gruzję, Meksyk, Japonię, Albanię, RPA i Iran.

Złe dzieci FRAGMENT powieści (dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki)

Stała na wzgórzu, patrząc na morze. Na oddalający się, kołyszący na niewielkich falach szary żagiel. Powietrze było ostre, od północy wiał chłodny wiatr, ale nie czuła zimna. Policzki rozgrzewały się od płynących po nich ciepłych łez, a ciało od wstrząsających nim raz za razem spazmów. Nie chciała łkać i dlatego mocno zacisnęła szczęki, oddychała przez nos, czując gdzieś głęboko na podniebieniu słony smak, słony zapach. Ta dziwna słoność pojawiała się wyłącznie wtedy, gdy wiało od północy, tak jak teraz. Zakradł się od tyłu, podszedł bezszelestnie, tak jak tylko on potrafił, objął ją. Przylgnęła do niego plecami i mimo całego smutku, może nawet rozpaczy, poczuła się bezpiecznie. Ciało się uspokoiło, przestało drżeć. Sięgnął dłońmi do policzków i bardzo delikatnie otarł z nich łzy.
Jeszcze chwilę temu była gotowa go zabić za to, jak z Nilsem potraktowali tamtego, ale teraz, kiedy wróciło poczucie bezpieczeństwa, była mu nawet wdzięczna. Tak będzie lepiej, uznała i odchyliła głowę w tył, kładąc ją na barku Knuta. Przesunął dłońmi w dół, ku jej szyi. Muskał ją na przemian, to delikatnie, to znowu mocniej pełną dłonią. Poczuła ciepło, które zaczęło spływać niżej, a w ślad za nim powędrowały jego ręce, aż dotarły do piersi. Objęły je i zaczęły masować. Judyta zdążyła jeszcze spostrzec mgłę, która zasnuła jej wzrok, a potem otuliła ją rozkosz.
O tym, jak powinna wyglądać miłość pomiędzy dwojgiem ludzi, pojęcie miała niewielkie. Obserwowała czasem parzące się kozy i renifery, czuła wtedy jakieś dziwne mrowienie w podbrzuszu, ale nie przekładała tego na to, co może się wydarzyć między ludźmi. Wie¬działa, że jest coś, co w książkach nazywają miłością fizyczną, że ludzie się całują, pieszczą, że uprawiają coś, na co mówią seks, ale jak to wszystko konkretnie miałoby wyglądać, nie potrafiła sobie wyobrazić. Czy ją to stresowało? Ani trochę. Uważała, że skoro ludzie to robią i jest to naturalne, to również ona opanuje tow naturalny sposób, jak chodzenie, powstrzymywanie moczu, umiejętność mówienia czy samodzielnego jedzenia, a teraz poczuła, że właśnie nastąpił ten moment. Dziwne napięcie świdrowało ją już od jakiegoś czasu, od kilku tygodni, a nawet miesięcy, potrzeba było jedynie zapalnika, który by pokierował tę energię w odpowiednią stronę. Takim zapalnikiem okazały się przy¬jazd tamtego i reakcja Knuta.
Obróciła się. Była prawie tego samego wzrostu co on, ich twarze niemal się stykały. Ujął jej policzki w dłonie i delikatnie przysunął do siebie. Poczuła jego ciepłe usta na swoich. Zaczęło brakować jej oddechu, był za płytki, za krótki, powietrze łapane przez nos już nie wystarczało, musiała nabrać go więcej, natychmiast. Rozchyliła wargi. I wtedy, jakby korzystając z okazji, jakby odpowiadając na zaproszenie, jego język wsunął się w jej usta. Zaskoczenie minęło błyskawicznie, wyparte przez przyjemność. Odpowiedziała na jego pocałunek, błądząc językiem w zakamarkach jego ust. Stali tak, całując się, na szczycie opadającego ku morzu wzgórza, aż nagle ich dłonie, jakby prowadzone czyjąś niewidzialną ręką, pchane siłą, której nie byli w stanie się przeciwstawić i której, szczerze mówiąc, przeciwstawić się nie mieli zamiaru, zaczęły przesuwać się po ciałach. Delikatnie, a jednocześnie z jakąś niecierpliwością. Błądziły w każdą stronę, szukając sposobu dostania się pod spód, pod ubranie, a kiedy już im się udało, dalej, po nagim ciele, kierując się do miejsc, w których pewne szczegóły anatomiczne odróżniały od siebie ich płcie.
Poczuła, jak jedne części jej garderoby zsuwają się na ziemię, inne natomiast, podciągnięte do góry, od¬słaniają coraz większe partie ciała. Nie wstydziła się. Raczej była ciekawa, co zobaczy pod jego ubraniem. Już niemal zupełnie nadzy położyli się na ziemi, na po¬słaniu z ciuchów. I wtedy nagle, jak na rozkaz, oboje zwolnili. Leżeli, jakiś czas patrząc na siebie, dotykając się nawzajem, delikatnie, powoli, tak jakby nie bardzo mieli pojęcie, co należy teraz zrobić. Widziała wpatrzone w siebie oczy, które znała tak dobrze, widziała jego ciało i czuła dreszcze, które przebiegały ją od stóp do głów, czuła też jego skórę pod opuszkami. Ich ruchy ponownie stawały się coraz szybsze, coraz niecierpliwsze. On jeszcze leżał obok, zagubiony, ale ona poczuła, że wie, co teraz ma się wydarzyć, że przyszedł moment, kiedy to ona powinna poprowadzić ich dalej. Złapała go za ramiona i wciągnęła na siebie. Rozchyliła nogi i nim pokierowała. Poczuła, jak w nią wchodzi, i wtedy stało się coś dziwnego: w patrzących na nią oczach Knuta, które miała tuż przed sobą, zobaczyła jakiś dziwny błysk, jego wzrok stał się jakby nieobecny, na twarzy pojawił się wyraz, który bardziej pasowałby do cierpienia niż rozkoszy. Nie chciała patrzeć na tę wykrzywioną, złą twarz. Zamknęła oczy. Dotąd delikatne, ruchy Knuta nagle stały się gwałtowne, dotyk niespokojny, przynoszący ból. Sprawiał wrażenie, jakby z czymś walczył. Uniósł dłoń i położył na jej ustach, ścisnął tak, że nie mogła złapać tchu. Zaczęła się go bać. Miała już tylko jedną myśl: żeby to jak najszybciej się skończyło. Nie wiedziała, jak skończyć się powinno, ale na podstawie obserwacji zwierząt wnioskowała, że zwykle nie trwa to długo. Tak było i między nimi. Po kilku chwilach Knut jęknął, jego ciało zadrżało i zaraz zastygło. Dłoń na jej ustach zacisnęła się jeszcze mocniej. A potem Knut zaczął mięknąć, a wraz z tym, jak rozluźniało się jego ciało, zaczął powracać znajomy wyraz twarzy, oczy zdawały się znów widzieć.
Obrócił się na plecy, łapał oddech, a później przekręcił na bok i zaczął delikatnie ją głaskać, po twarzy, szyi, po całym ciele. Podniosła swoją rękę i chciała czule dotknąć tej głaszczącej jej skórę dłoni, ale coś ją powstrzymało. Nie potrafiła. Gest, który do tej pory sprawiał jej tak dużo przyjemności, już nigdy nie powrócił.
Leżała i zastanawiała się, czy tak powinno to wyglądać, czy to jest właśnie ta miłość fizyczna, o której czytała. Czy tak wygląda wkroczenie w dorosłość? Nie miała pojęcia. A najgorsze było to, że nie miała też jak tego skonfrontować z rzeczywistością innych ludzi. Leżący obok Knut sprawiał wrażenie, jakby zrzucił z siebie jakiś ciężar, poczuł ulgę, był lekki i uśmiechnięty, i zdawał się zupełnie nie dostrzegać targających nią uczuć.


Po kilku dniach wszystko się powtórzyło. Niemal dokładnie tak samo, z wyjątkiem miejsca. Tym razem kochali się w domu, na podłodze. Tak jak za pierwszym razem, z początku było między nimi mnóstwo czułości, delikatnych pieszczot, sprawiającego rozkosz dotyku, Judyta czuła narastające podniecenie, a potem nagle Knut ponownie trafił w szpony czegoś, co zaczęło napawać ją lękiem, znów stał się nieobecny, daleki, gwałtowny, wręcz brutalny, i jak za pierwszym razem, kiedy było już po wszystkim, z wyraźną ulgą obsypywał ją wyrazami tkliwości, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Od tej pory akt ten zaczął powtarzać się regularnie, w zasadzie codziennie, a strach, który Judyta z początku czuła jedynie w trakcie, kiedy w Knucie następowała zmiana, powoli zaczął się rozciągać w czasie, pojawiał się znacznie wcześniej i ustępował zdecydowanie później niż na początku. Stał się tak nieznośny, że Judyta postanowiła z nim walczyć.
Bo przecież nie miała się czego bać, tłumaczyła sobie, ze strony Knuta nic jej nie groziło. Nawet w tych momentach, kiedy coś go opętywało, nie przekraczał pewnej granicy, nigdy nie używał wobec niej przemocy, nigdy do niczego nie zmuszał. Nie brał siłą. Prawdopodobnie nie chciał, ale przede wszystkim nie było takiej potrzeby, bo Judycie do głowy nawet nie przyszło, że mogłaby odmówić – przecież spółkujący ze sobą cap z kozą też nie wyglądali, jakby sprawiało im to przyjemność, a jednak nie mogli się powstrzymać. Podobnie, jej zdaniem, było z ludźmi. Coś Judytę nachodziło, coś sprawiało, że oddech jej przyspieszał i to po prostu się działo. A że bez przyjemności, że z towarzyszącym lękiem? Cóż, trudno, widać tak musi być, przekonywała samą siebie. Racjonalizowanie tego stanu rzeczy powoli przynosiło efekty i lęk zaczął ustępować, robiąc miejsce odrazie. Odrazie, która być może była jeszcze gorsza, bo dotyczyła drugiego człowieka, była ukierunkowana. Lęk siedział w środku, a uczucie obrzydzenia wylewało się na zewnątrz i dotykało również jego, który być może na to nie zasługiwał.

Czterdzieści lat. Czterdzieści długich lat zmywania z siebie tego brudu, aż w końcu Knut coraz rzadziej zaczął odczuwać potrzebę kontaktów seksualnych. Teraz, po kolejnej dekadzie, potrzeba ta ustała niemal zupełnie. Ot, raz na miesiąc, a nawet rzadziej. Niby powinna odczuć ulgę i rzeczywiście, z początku, kiedy się zorientowała, że tak się dzieje, odetchnęła, ale później odkryła, że czegoś jej brakuje, mniejsze zainteresowanie jej ciałem ze strony Knuta powodowało w niej uczucie zawodu, rozgoryczenia, a w efekcie frustrację, którą rozładowywała właśnie na nim. I dziwna rzecz, której nigdy by się po nim nie spodziewała: te napady złości, które pojawiały się u niej coraz częściej, on znosił z pełnym rezygnacji stoicyzmem, jakby wraz ze słabnącym popędem coś z niego uleciało, coś, co zostało zastąpione nieuświadomionym poczuciem winy.
Miała dość tego rozpamiętywania, tego dzielenia

Polecamy również więcej książkowych propozycji – rubryka KSIĄŻKI na GazetaSenior.pl 

Nocna Droga powieść o kobietach i trudnych wyborach (fragment książki)

Kategorie
Udostępnij