Na wnuczka – jak polscy seniorzy stracili miliony

3 września 2019 roku Arkadiusz Ł., pseudonim Hoss, został skazany na 7 lat więzienia za wyłudzenie milionów złotych od obywateli Niemczech, Szwajcarii i Luksemburga. Jego przestępcza działalność w Polsce stała się tematem książki Wnuczkowa mafia. Z autorką – Hanną Dobrowolską, rozmawia Magdalena Niemirowska-Kaczyńska.

Wnuczkowa mafia

Książka jest efektem kilkuletniego dziennikarskiego śledztwa Hanny Dobrowolskiej: lektury kilkuset tomów akt sądowych, rozmów z ofiarami i sprawcami oraz współpracy z policjantami z wydziału kryminalnego. Z dziennikarką Hanną Dobrowolską, która karierę zaczynała od stażu w „Super Expressie”, później przez lata prowadziła tam kronikę kryminalną, a dziś pracuje w Polskiej Agencji Prasowej, rozmawiamy o książce.

Magdalena Niemirowska-Kaczyńska: Pisze Pani we wstępie do książki, że równie istotne jak sensacyjna historia Hossa, są ofiary. Proponuję więc zacząć naszą rozmowę nie od wątku kryminalnego, ale samego procederu. Czy może Pani powiedzieć, co jest istotą metody „na wnuczka”?
Hanna Dobrowolska: Oszustwo „na wnuczka” czy „na policjanta” ma dziś tyle odnóg, że nie sposób wszystkie wymienić. To, co się nie zmienia, to sposób wyszukiwania ofiar. Oszuści korzystają w tym celu ze starych książek telefonicznych, wybierają z nich imiona, które mogą wskazywać na podeszły wiek właściciela danego numeru. Dzwonią i wciskają zmyśloną historię. W podstawowej wersji oszust podawał się za wnuczka, który potrzebował pilnie pieniędzy np. na okazjonalny zakup mieszkania czy samochodu. Późniejszą modyfikacją tej legendy był krewny, który spowodował wypadek samochodowy, a pożyczone od babci pieniądze miały być przekazane rodzinom ofiar albo „na łapówki”, żeby nie trafił do więzienia. Gdy policja zaczęła przestrzegać przed tego typu oszustwami, przestępcy zmienili śpiewkę. Najpierw dzwonił „wnuczek”, połączenie urywało się, a następnie dzwonił policjant, informował że ten „wnuczek” to oszust i prosił, żeby przekazać mu pieniądze, bo policja go wtedy złapie na gorącym uczynku. Dziś rzadko dzwoni „wnuczek”. Pokrzywdzony najczęściej słyszy od razu rzekomego funkcjonariusza, który prosi o pomoc w schwytaniu oszustów działających np. w banku. Seniorzy są nakłaniani do wypłaty oszczędności życia, likwidacji lokat, nierzadko brania kredytów. Pieniądze zostawiają w koszach na śmieci, pod kołami samochodów, albo wyrzucają je przez okno. Robią tak, jak zostaną poinstruowani przez telefon, bo wierzą, że działają w słusznej sprawie.

M.N-K.: Dlaczego jest ona tak skuteczna?
H.D.: Z tym samym pytaniem zwróciłam się do dwójki świetnych psychologów z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy problemem bezpieczeństwa seniorów zajmują się od dawna. Dr Marcin Szulc tłumaczył mi, że sprawcy tego typu przestępstw są świetnie przygotowani i stosują na swoich ofiarach różne socjotechniczne triki, mają do perfekcji opanowane owijanie sobie ofiary wokół palca. I, co ciekawe, psycholog podkreślał, że nie należy upatrywać w podeszłym wieku ofiar głównej przyczyny podatności na „wnuczkowe” oszustwa. Warto przeczytać tę rozmowę, żeby zrozumieć problem.

M.N-K.: Przytoczone historie mogą służyć za ostrzeżenie?
H.D.: Liczę, że jeden przejrzy na oczy, jak zobaczy bogactwo, którego oszuści dorobili się na ludzkiej krzywdzie. Drugi pomyśli o swojej babci, czytając historie pokrzywdzonych i zastanowi się co może dla niej zrobić, żeby była bezpieczna. Trzeci, wczytując się w policyjne opisy sposobu działania sprawców, będzie czujniejszy, gdy w jego domu rozbrzmi telefon, a rozmówca tajemniczym głosem zapyta „Zgadnij, kto mówi?”.

M.N-K.: Wspomina Pani w książce, że oszukani zmagają się nie tylko ze stratą oszczędności czy rodzinnych kosztowności, ale też poczuciem winy i wstydem, co podsycają często najbliżsi…
H.D.: Spotykając się z seniorami oszukanymi metodą „na wnuczka” czy „na policjanta” odnoszę wrażenie, że utrata pieniędzy jest najmniejszym problemem. Te osoby tracą poczucie bezpieczeństwa, bo zostali w okrutny sposób wykorzystani w momencie, gdy chcieli nieść pomoc. Zdarza się, że ofiary zamykają się w sobie, odcinają od rodziny. Nie są w stanie uwierzyć, że oszukał ich zupełnie obcy człowiek. Niektórzy są przekonani, że informację o posiadanych przez nich oszczędnościach musiał przekazać krewny albo pracownik banku. Na końcu swojej życiowej drogi borykają się z ogromnym lękiem, wstydem. Inni przeżywają tak ogromy stres, że umierają niedługo po przestępstwie. Policjanci mówią, że dla seniora taka historia jest jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. A bliscy często zamiast wspierać ranią.

Rodzina jednej z ofiar, która zwierzyła mi się ze swojego dramatu, wypominała jej, że jest naiwna i oddała 30 tysięcy oszustom. Mówili „ale nam zrobiłaś mikołajki!”. Krewnym, czy nawet sąsiadom łatwo przychodzi krytykowanie ofiary i mądrowanie w stylu „ja bym nigdy się na to nie nabrał!”. Nikt z nas nie wie, jak by się zachował, gdyby zręczny oszust wziął nas w obroty.

M.N-K.: Uważa nawet Pani, że młodsze pokolenia są pośrednio odpowiedzialne za te dramaty…
H.D.: Nie chciałabym, żeby to brzmiało jak oskarżenie, ale… tak właśnie uważam. Wielu seniorów, szczególnie w dużych miastach, cierpi z powodu samotności. Ich dzieci dawno opuściły dom, wnuki studiują albo pracują, krewni wyjechali za granicę, być może małżonek już nie żyje. Dla takich osób kontakty z rodziną często sprowadzają się do wizyt „od święta”. A starsze osoby, tak samo jak wszyscy inni, pragną kontaktu, chcą czuć się potrzebni i ważni. Dlatego gdy dzwoni oszust i radośnie woła „babciu!/ciociu! to ja!”, senior sam projektuje w głowie, kogo chciałby usłyszeć. Gdybyśmy wszyscy dbali o swoich seniorów, okazywali im zainteresowanie i troskę na co dzień, połowy tych dramatów by nie było.

M.N-K.: Czy może Pani podać kilka statystyk, by pokazać jak istotny jest to problem?
H.D.: Tylko przez pierwsze sześć miesięcy 2019 roku polscy emeryci stracili przez mafię wnuczkową blisko 30 milionów złotych. Największe straty – 700 tysięcy złotych poniósł emeryt z warszawskiego Ursynowa, którego oszuści manipulowali przez kilka dni, nakłaniając do kolejnych wypłat. Słyszałam też od policji, że latem na Śląsku ktoś stracił ponad milion złotych. W obu tych przypadkach sprawcy nie zostali jeszcze zatrzymani.
Warto podkreślić, że problem jest także z samą statystyką. Policja zbiera informacje dotyczące oszustw „na wnuczka” i „na policjanta” od kilku lat, chociaż pojawiły się one w Polsce prawie dwie dekady temu. W tabelkach znajdziemy tylko te przestępstwa, w których ktoś zgłosił się na policję lub została ona wezwana na miejsce zdarzenia, a następnie policja odpowiednio opisała to w systemie. Nie wiemy, ile jest spraw źle opisanych ani ile jest przestępstw, których nikt nie zgłosił.

M.N-K.: Wracając do Hossa. Dzięki Pani historia mafii wnuczkowej wykroczyła poza pojedyncze wzmianki w lokalnej prasie. Jak to się stało, że zajęła się Pani tym tematem?
H.D.: Przyznaję, że wyszło to zupełnie przypadkiem. Pracując nad materiałem podsumowującym roczne straty w wyniku oszustw „na wnuczka” w Warszawie trafiłam na postać Arkadiusza Ł., znanego jako „Hoss”. Funkcjonariusze z Komendy Stołecznej Policji pokazali mi zdjęcia z jego zatrzymania. Mieszkanie w bloku na warszawskiej Woli wyglądało jak komnaty króla. Wszędzie złoto, marmur, dzieła sztuki, porcelana miśnieńska, rolexy, mnóstwo gotówki, a pod blokiem luksusowe samochody. Potem znalazłam profil jego syna na Facebooku. Marcin K. chwalił się bogactwem, jakie wielu się nawet nie śniło. Wtedy do mnie dotarło, że oszustwa „na wnuczka” to nie są przypadkowe przekręty, których komuś udało się dokonać, wykręcając spontanicznie wybrany numer z książki telefonicznej. Zrozumiałam, że mamy do czynienia z mafią, która żyje na absurdalnie wysokim poziomie za pieniądze ukradzione starszym osobom. Im dłużej zgłębiałam temat, tym bardziej wydawał mi się on ważny. To był 2015 rok, pracowałam wtedy w „Super Expressie”. Regularnie publikowaliśmy materiały demaskujące tzw. mafię wnuczkową, jednocześnie przestrzegając starsze osoby przed tego typu przestępstwami. Nikt wcześniej w polskich mediach nie poruszył tematu od tej strony.

M.N-K.: Nawiązała Pani kontakt z osobą blisko związaną z wnuczkową mafią. Dlaczego zdecydował się „sypać”?
H.D.: Szczerze przyznam, że to on nawiązał kontakt ze mną. Odezwał się do mnie kilka lat temu, po którymś większym materiale dotyczącym mafii wnuczkowej, opublikowanym na łamach „Super Expressu”. Zadzwonił do sekretariatu, poprosił o namiar na autorkę tekstu. Powiedział, że on mi może zdradzić znacznie więcej, żeby pokazać, jak wygląda ten biznes od „zaplecza”. Nie wiem dlaczego to zrobił i dlaczego robi do tej pory. Widocznie załatwia w ten sposób jakieś swoje interesy. Ale jest osobą bardzo wiarygodną. Zweryfikowałam go, zanim weszłam z nim we współpracę, którą uważam zresztą za jedno z ciekawszych doświadczeń zawodowych.

M.N-K.: W działalność Hossa były zaangażowane przede wszystkim osoby narodowości romskiej, często całe rodziny. Jak udało się Pani przeniknąć do tej hermetycznej społeczności?
H.D.: Nie tylko u „Hossa” pracowała cała jego rodzina. Wszystkie duże grupy przestępcze, które opisuję w książce, to grupy złożone z osób ze sobą spokrewnionych. Niestety, nie udało mi się przeniknąć do ich świata. To jest społeczność zamknięta na takie osoby jak ja, nazywane po romsku „gadzio”, czyli obcy. Ich życie, zarówno od strony przestępczej, jak i kulturowej przybliżył mi człowiek blisko związany z wnuczkową mafią. Ale nie należy tej książki czytać jako próby przypięcia tej grupie etnicznej jakiejś łatki. To jest książka o mafii, nie o cyganach.

M.N-K.: Metoda na wnuczka, którą Hoss opracował, i zasięg działalności jego grupy przestępczej wymagają znajomości psychologii i kompetencji, powiedzmy, logistycznych. Zaskakujące, biorąc choćby pod uwagę fakt, że ukończył tylko dwie klasy podstawówki. Co to za człowiek?
H.D.: Z podsłuchów, które stanowiły dowody w sprawie przeciwko niemu, wiemy, że „Hoss” to człowiek rodzinny i rozrywkowy, z przedstawionych mu zarzutów wynika, że jest sprytny i chciwy, natomiast z zachowania na sali rozpraw, że jest to człowiek bardzo chorowity. „Hoss” urodził się w 1968 roku w Jaworznie na Śląsku, później z rodziną wyemigrował do Niemiec, wrócił do kraju dopiero na początku lat dwutysięcznych. Faktycznie nie skończył nawet szkoły podstawowej, ale umiejętności, o które Pani pyta, nie uczy się, niestety, dzieci w szkołach. Więc podejrzewam, że kiedy jego śląscy rówieśnicy uczyli się ułamków i czytali „Karolcię”, Arkadiusz Ł. chłonął zupełnie inną wiedzę…
Podejrzewam, że musiał mieć w rodzinie jakiś wzór do naśladowania, bo zarzuty za „wnuczki” mają także jego brat Adam P. i siostra Soraya P. Zresztą dzieci „Hossa” także nie skończyły żadnej szkoły, a sukcesy w wyłudzaniu ogromnych kwot od seniorów z Europy Zachodniej mają wszyscy trzej jego synowie… Ciężko uwierzyć w przypadek.

M.N-K.: Był też dobrze przygotowany na wypadek zatrzymania…
H.D.: Legendą wśród stołecznych policjantów jest moment, w którym zatrzymali „Hossa” w 2014 roku. On siedzi na łóżku, mówi, że jest bardzo chory, słabo się czuje i trzeba wezwać pogotowie. Po chwili wręcza funkcjonariuszom teczkę z dokumentami poświadczającymi, że jego słabe serce nie wytrzyma większego stresu, a już na pewno nie przeżyje izolacji w areszcie śledczym. Widziałam te dokumenty, czytając akta jego sprawy. Naprawdę duuuuuża teczka, ale ostatecznie na nic się zdała. Wśród Romów mówi się także, że „Hoss” był świetnie przygotowany na przyjście policji także od strony majątkowej. W jego mieszkaniu było mnóstwo bogactwa, dzieł sztuki, biżuterii, gotówki. Ale podobno była to tylko wystawka, żeby funkcjonariuszom wydawało się, że zabezpieczyli wszystko czego Arkadiusz Ł. dorobił się na przekrętach. Jednak on co najcenniejsze, miał świetnie ukryte. Romowie plotkowali, że wśród tych zakopanych skarbów były m.in. kamienie szlachetne i sztabki złota.

M.N-K.: Czy zamierza Pani kontynuować dziennikarskie śledztwo w sprawie mafii wnuczkowej?
H.D.: „Cygan”, czytając moją książkę powiedział, że ledwie „liznęłam temat”. Wcale nie chciał w ten sposób zarzucić mi braku zaangażowania, którego sama sobie też nie mogę odmówić. Problem oszustw „na wnuczka” i działających w ten sposób gangów jest jak hydra. Policja utnie jeden łeb, na jego miejsce wyrastają dwa kolejne. Jest kilka grup przestępczych, których działalności będę się przyglądać. Są śledztwa, na których finał czekam, w tym na kolejny akt oskarżenia przeciwko „Hossowi”, jego żonie i synom. Są procesy, których finału będę wypatrywać. Na pewno nie odpuszczam tematu. I policjanci, których poznałam, zbierając materiały do książki, też nie odpuszczą.

Przeczytaj również:

Oszustwo na wnuczka – „Proszę zadzwonić za 5 minut”

Kategorie
Udostępnij