Cyrkówka Marianna to pełnokrwista powieść o odważnej kobiecie. Fragment książki!

Cyrkówka Marianna to pełnokrwista powieść o odważnej kobiecie z fantazją, która kochała na zabój sztukę oraz swojego męża atletę.

Marianna, dziewczyna ze wsi, niegdyś warszawska służąca. Franciszek, przedwojenny atleta. Przez 24 lata zjechali niemal całą – podnoszącą się po II wojnie światowej – Polskę, występując jako Cyrk światowej sławy Arnolda i Marisse Boticellisse. Podróżowali pociągami i furmankami, sypiali w stodołach i kwaterach prywatnych. Występowali we wsiach i miasteczkach – w remizach, szkołach, na jarmarkach, odpustach, na rynkach i w więzieniach. „Jest rok 1947, maj, i tak ciepło, że wcale nie trzeba nosić pończoch. Wysiadamy na tej stacji zupełnie nieoczekiwanie, bo przecież mieliśmy jechać dalej…” A to dopiero początek. Marianna i jej mąż usiłują żyć i kochać w kraju, który próbuje podnieść się z wojennej pożogi.

Anna Fryczowska autorka Cyrkówki Marianny

Anna Fryczkowska odwiedziła archiwa, rozmawiała z dziesiątkami osób, z detektywistyczną pasją studiowała również obrazy swojej bohaterki – akrobatki, żony atlety, czarodziejki jarmarków, wreszcie – malarki, jednej z najbarwniejszych artystek ludowych XX wieku.

Cyrkówka Marianna FRAGMENT

Słoneczny poniedziałek w… och, już doprawdy nie pamiętam.
Ale jest maj tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego i tak ciepło,
że wcale nie trzeba nosić pończoch.
Wysiadamy na tej stacji zupełnie nieoczekiwanie, bo przecież mieliśmy jechać dalej, ale patrzę przez okno, gdy pociąg już hamuje i naraz mówię:
– Tutaj, Arnoldo. Tutaj koniecznie, zobacz, jakie ktoś ma kwiaty w ogrodzie, no patrz, Arnoldo, patrz, mogliby uprawiać rzodkiewki albo szczypiorek, a mają tulipany, zobacz, czerwone, różowe, nawet żółte mają, no patrz, Arnoldo.
– I co z tego, Marissa? I co z tego?
– Jeśli ludzie mają chęć na kwiaty w ogrodzie, będą też mieli chęć i na cyrk.
– Może i masz rację. Skoro mają na kwiaty, będą mieli na bilety.

(…)
– Coś ty, babo, narobiła, znowu swoje głupoty opowiadasz! – Franciszek z krzykiem odwraca się do mnie.
– A mówiłem, żebyś dziewczynom bzdur nie gadała, w głowach nie przewracała!
Znowu szalejesz, znowu wygadujesz, ja ci znowu muszę dać nauczkę, aż się nauczysz! Łzy mi same z oczu lecą, gdy mąż tak na mnie krzyczy, gdy taki straszny dla mnie się robi, gdy krzyczy o nauczce, jakby mi kiedykolwiek jakąkolwiek dawał. Przecież nie miałam pojęcia, że ciesząc się wczoraj swoją piękną opowieścią, komukolwiek przewróciłam w głowie.
– Ja tylko chciałam dać im nadzieję – szepczę. – Głośniej! Może wytłumaczysz ludziom i mnie, dlaczegoś takie głupoty wygadywała. Rozglądam się po chłopach, źli są na mnie, ale już pięści nie zaciskają, czoła tylko marszczą, gdy patrzą na mnie, ale nawet jeden Franciszka po plecach klepie, że dobrze robi, babę karcąc.
– Chciałam im dać nadzieję. – Nadziei ci się zachciewa?! Inaczej porozmawiamy, gdy stąd wyjedziemy, ja cię wreszcie nauczę się ludziom nie wtrącać. Płaczę już jak bóbr, tak się wystraszyłam. – Trzeba mieć nadzieję! – szlocham.
– Bez nadziei nie da się żyć! Dziewczyna za plecami swojego ojca też szlocha, choć ciszej niż przedtem. Wiem, że mam rację. Wiem to. Franciszek wyciąga ku mnie ręce wielkie jak bochny. Przymykam oczy ze strachu, że coś mi zrobi. Ale on chwyta mnie w pasie i zarzuca sobie na plecy jak worek.
– Zaraz dam ci nauczkę! – krzyczy.
– Zejdziemy z oczu tym dobrym ludziom, weselnikom i zaraz cię wychowam jak trzeba! Żebyś mi się ludziom więcej nie wtrącała! Odwraca się i zaczyna odchodzić, ze mną na ramieniu.
– Tak trzeba! – krzyczą chłopy.
– Tak z babą trzeba! Stanowczo! Nie popuścić! Jestem wściekła, walę go pięściami w plecy, wiję się, żeby się wyrwać i zeskoczyć. Trzyma jednak mocno. Z pleców Franciszka głowę nieco unoszę i szukam wzrokiem krnąbrnej gospodarskiej córki. Łapię jej spojrzenie i ledwie dostrzegalnie mrużę oczy. Ona, po chwili, też. Wiemy, że mamy rację. I obie wiemy, że mimo tego lepiej milczeć Mąż mój zanosi mnie do stodoły, gdzieśmy spali, stawia na klepisku, jakbym lalką była, i każe zbierać swoje rzeczy, bo zaraz jedziemy dalej. Nie pyta, czy chcę jechać, rozkazuje i kropka. Nie ruszam się jednak. Przecież muszę wiedzieć:
– Naprawdę na mnie krzyczałeś czy tylko udawałeś przed tamtymi, żeby się do bicia nie wzięli? Kręci głową.
– Marianka, tak nie może być. Bo tu kłopot za kłopotem w drodze się pojawia i zawsze ty jesteś ich przyczyną. Tak dłużej nie może być, Marianka. Musisz przestać się wtrącać ludziom. Pouczać. Pieniądze rozdawać.
– Naprawdę tak myślisz, jak krzyczałeś?
– A ta ciągle swoje. Część myślałem, część nie. Ale trzeba było sytuację ratować. I uratowałem. A teraz możemy jechać dalej. Zbieraj się wreszcie, kobieto! Bo jeszcze sobie przypomną, jacy są na ciebie wściekli!
Czuję, że dolna warga sama mi się wysuwa w niepokorny grymas. Teraz ja zaciskam pięści. Wreszcie wskakuję do sąsieka na górę, zwijam swoją kołdrę, obwiązuję rzemieniem, jak zwykle, ale myśli mam w sobie buntownicze. Bo miałam rację. Bo trzeba mieć nadzieję. I tamta dziewczyna będzie ją miała. Jak do niej przyjdzie złe, przypomni sobie to nasze zmrużenie oczu. Czasem wystarczy tylko móc śnić o innym życiu i ona będzie śniła, za kogokolwiek tatuś ją za mąż wydadzą. Czasami takie sny wystarczą, żeby chciało się żyć dalej.
Objuczam się jak zwykle i ruszamy w drogę. Idę obok Franciszka, trochę z tyłu, bo dziś nie chce mi się za nim nadążać, dziś mu nie ufam i się go trochę boję. Przypomina mi się jego twarz, ta śniona w nocy. Musiał mi się zatem śnić całkiem kto inny.

Książkę kupisz tutaj

Artykuł partnerski

Zjadaczka grzechów. Jedna z najbardziej oczekiwanych książek 2020 roku

Washington Black POWIEŚĆ. Jedna z ulubionych książek Baracka Obamy

Kategorie
Udostępnij