Mój przyjaciel smartfon. KSIĄŻKA

Nie mieli wcześniej doświadczeń w pisaniu, wielu z nich pracowało w technicznych zawodach. Dziś są na emeryturze i nadal żyją aktywnie. Oraz twórczo – właśnie wyszła książka autorstwa 10 uczestników warsztatów dziennikarsko-literackich prowadzonych przez Magdę Wieteskę na UTW w UWr. „Mój przyjaciel smartfon” adresowany jest do dzieci w wieku wczesnoszkolnym i odczarowuje stereotyp smartfona jako zjadacza czasu. Ilustracje do powieści wykonały dzieci i wnuki autorów oraz uczniowie z SP 118 we Wrocławiu. Z autorami powieści „Mój przyjaciel smartfon” rozmawia Magda Wieteska, redaktorka książki.

Mój Przyjaciel Smartfon

fot. Alina Metelytsia. Od lewej stoją: Maja Garczyńska,Teresa Dźwigałowska, Magda Wieteska, Łucja Dydyna, Irena Kawczyńska, Beata Chłap, Aleksandra Wrzos. Od lewej siedzą: Łukasz Kaleciński, Krystyna Błońska, Maria Marchwicka, Ewa Konigsman. 

Beatko, gdyby nie Ty, pewnie nie powstałby „Mój przyjaciel smartfon”. Opowiedz, jak to się stało, że powołałaś do życia aż czworo bohaterów – tych z prawdziwego i magicznego świata?
Beata Chłap: To wszystko Twoja wina, Madziu. Rzucone przez Ciebie hasło „piszemy bajkę”, zaczęło drążyć. Bajka, ale jaka? Tyle ich już powstało. Jak często w życiu się zdarza, pomógł przypadek. Przygotowując obiad, spojrzałam przez okno na plac zabaw – pusto. Na ławeczce dwoje dzieci. Oczy wlepione w smartfony. Jakie to smutne. Nie biegają, nie kopią piłki, nie ma skakanki, nawet huśtawka nie jest atrakcją. Żyją w urojonym świecie gier. Smartfon to wielkie osiągnięcie techniki, kopalnia wiedzy, zastępuje ruch, przyjaźnie, ciekawość świata i otoczenia. A może mógłby stać się przewodnikiem? Wskazać miejsca, które warto zobaczyć (Wrocław ma ich przecież bardzo wiele), przypomnieć zabawy, które dawniej wywoływały tyle radości. I tak się to zaczęło.

Jesteś autorką nie tylko pomysłu na książkę, ale także kilku opowieści. Zacznijmy od mrówników – dlaczego akurat te zwierzęta zwróciły Twoją uwagę?
Beata Chłap: To też zbieg okoliczności. Poranek, kawa, papieros, komunikat radiowy, że we wrocławskim Afrykarium przyszedł na świat maleńki mrównik. Czyżby temat do bajki? Długopis, piszę.
Parę dni później wpada mój wnuk z serią zdjęć, właśnie mrówników. Małe zwierzątka tak brzydkie, że aż piękne, a tak sympatyczne, że do przytulania. Wiesz, babciu, że malutki mrówniczek nie przeżył? Bardzo mi go szkoda. Mnie też, ale siadam do korekty bajki.

Bohaterowie książki odwiedzają różne ciekawe miejsca we Wrocławiu. Skąd wzięliście pomysł na to, aby poprowadzić Jasia i Małgosię właśnie w to konkretne miejsce?
Łucja Dydyna: ZOO i Ogród Botaniczny to miejsca, które są dla mnie ciekawe i mają wyjątkowe położenie. Można w nich odpoczywać i oglądać. Chodziłam tam przedtem i teraz, robiłam i nadal robię w tych miejscach ciekawe zdjęcia. Stąd przyszła mi myśl, żeby bohaterowie odbyli magiczną podróż do ZOO i Ogrodu Botanicznego.
Beata Chłap: Proponując włączenie do bajki opowieści o Rynku zetknęłam się z opinią , że dzieci nie są zbyt zainteresowane architekturą. Nudzą je opowieści o budowlach i historii ich powstawania. Pomyślałam więc, że Rynek z dawnych lat zachęci je do porównań i zwróci uwagę na obraz dzisiejszy.
Maja Garczyńska: Pomysł przyszedł nagle. Akurat dzień przed byliśmy grupą zwiedzać Muzeum Farmacji. Uświadomiłam sobie, że o tym ciekawym miejscu wiele osób nie słyszało – podobnie jak wcześnie ja. Pomyślałam, że dobrze byłoby rozpropagować to wspaniałe miejsce i umieścić tam akcję bajkowych wypraw Fonika. Za decyzją przemawiała konwencja opowiadań, zawsze to były realne miejsca, więc nie całkiem zmyślony świat, który mnie, realistce, wydawał się odległy.
Łukasz Kaleciński: W założeniu bajka miała mieć motywy zarówno bajkowe, jak i edukacyjne. Chciałem w tej bajce powiedzieć coś dzieciom o smartfonach. Dzieciaki świetnie na co dzień posługują się smartfonami, ale tak na dobra sprawę nie bardzo wiedzą, jak one działają. Stąd więc pomysł wejścia do wnętrza smartfona i kilka zdań o jego „wnętrznościach”. A konieczny do tego celu motyw zmniejszania się pamiętam z bajek z mojego dzieciństwa i tu go wykorzystałem. Drona zaś wymyśliłem, bo przecież bohaterowie musieli się szybko przemieszczać. Natomiast płatek śniegu pojawił się w drugiej wersji, po korekcie, która nastąpiła po Twoich uwagach. W pierwszej wersji chciałem w motywie edukacyjnym wyjaśnić, jak działa w matematyce odwrotna proporcjonalność. Zwróciłaś mi uwagę, że to jest w programie 6-tej klasy, a bajka miała być dla młodszych. Wymyśliłem więc ten płatek śniegu i przy okazji wyjaśniłem nieco zagadnień z fizyki atmosfery.

Aleksandra Wrzos: W 2016 roku, w okolicach grudnia udaliśmy się z całą naszą grupą do Muzeum Współczesnego Wrocław. Wstyd przyznać, ale dopiero wtedy dowiedziałam się, że to muzeum, chociaż przez Plac Strzegomski przejeżdżałam wcześniej wielokrotnie. Muzeum zupełnie inne od innych, bo jego siedzibą jest schron z lat czterdziestych. Zaadaptowanie obiektu do jego obecnej funkcji wymagało ogromnej pracy, ale dzięki temu jest on niepowtarzalny, wzbudzający zainteresowanie wielu wrocławian, w tym dzieci. W muzeum bowiem jest dużo pomieszczeń, w których odbywają się ciekawe warsztaty edukacyjne właśnie dla nich. Swoją opowieścią postanowiłam zachęcić ich do pójścia do „okrągłego budynku”. Tym bardziej, że przed nim stoi niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju obiekt. Prawdziwa, zabytkowa lokomotywa skierowana ku niebu.

Irena Kawczyńska: Pisało mi się z radością i entuzjazmem. Od razu chciałam podzielić się historią autentyczną, bowiem byłam w tych miejscach parokrotnie z dorosłymi, ale i z maluchami. Zabrałam bohaterów do Kolejkowa i Muzeum Wody, bo po prostu pamiętałam zachowanie dzieci, ich okrzyki zadziwienia, bieganie wzdłuż barierek w Kolejkowie, a mnóstwo pytań w Muzeum Wody. Opisane wrażenia, ochy i achy w Kolejkowie to niemal przytoczone słowa dzieciaków. A do batyskafu naprawdę można wejść!

Krysiu, stworzyłaś magiczną historię, w którą zabierasz bohaterów książki. Marylka z kolei napisała baśń, która wyjaśnia nazwę miejscowości – Kłopotów. Dlaczego wybrałyście właśnie tę bajkową formułę?
Krystyna Błońska: Kiedy wybrałam jako temat przewodni nieco zapomnianą już zabawę w podchody, nie miałam pojęcia, że moja opowieść „skręci” w tym kierunku. W dzieciństwie pochłaniałam ogromne ilości różnych baśni i legend, więc może podświadomość zaniosła mnie w te klimaty, w których cudownie się czułam jako dziecko. Tak więc nie było pomysłu. Kiedy piszę, nie mam planu całości, szkicu czy zakończenia. Opowieść sama mnie „ciągnie” – jedno opisane zdarzenie wywołuje kolejne. Nawet na zakończenie bajki wpadłam w ostatniej chwili. Pewnie w prawdziwym, profesjonalnym pisarstwie to tak nie działa, ale baśniami rządzą odwieczne archetypy i można nimi trochę pożonglować…
Maria Marchwicka: Dlaczego napisałam bajkę? Bo lubię bajki, jako edukator w Mieście Pokoleń czytam je dzieciom w przedszkolach i szkołach. A może też dlatego, że i w moim życiu był okres bajkowy, pamiętam go jako bardzo szczęśliwy.

Ewuniu, osadziłaś akcję bohaterów książki w Uniwersytecie Trzeciego Wieku w naszym UWr – skąd pomysł na to właśnie miejsce?
Ewa Konigsman: Aby obalić przekonanie o różnicy pokoleń w moim opowiadaniu postanowiłam ukazać łączenie pokoleń. Niewątpliwie UTW w UWr jest tego dobrym przykładem. To właśnie było inspiracją, aby smartfonowi przyjaciele Jasia i Małgosi naocznie pokazali i wyjaśnili znaczenie słowa integracja. Chodziło mi o to, aby ukazać dzieciom, iż wolny czas można spędzać w sposób, który przynosi radość i satysfakcję, kiedy pomagamy innym. Do takich wniosków doszli Małgosia i Jaś po wizycie na UTW w UWr.

Bohaterowie książki uczą się nowych umiejętności – pływania, zbierania grzybów. Czy uważacie, że są to zajęcia, które sprawdzają się w dzisiejszym świecie najmłodszych?
Beata Chłap: Myślę, że niektóre jak np. umiejętność pływania jest obecnie normą, ale już zbieranie grzybów stało się niemodne, nawet podchody nie bawią jak kiedyś. Pozalekcyjne zajęcia zabierają czas, a internet i telewizja przykuwają do fotela.
Teresa Dźwigałowska: Bardzo często opiekuję się moimi wnukami. Wiem, że gdybym nie zainteresowała ich zabawami na podwórku, najchętniej siedziałyby przed telewizorem oglądając bajki lub grałyby na komputerze. Ponadto dużo rozmawiam z wnukami podczas powrotu ze szkoły o ich problemach, takich jak być najlepszym lub o porażkach, że coś nie wyszło. Oczywiście babcia radzi: tylko trening zrobi z ciebie mistrza. Twierdzę, że kondycja fizyczna czasami jest ważniejsza niż umysłowa. Mówię im, że człowiek najlepiej odpoczywa na świeżym powietrzu grając w piłkę, bo musi biegać, koncentrować się, aby wbić gola oraz myśleć, aby wykiwać przeciwnika. W ten właśnie sposób trenuje się mózg, oddycha się całą piersią.

Wielu z Was ma wnuki. Czy byli oni pierwszymi czytelnikami książki?
Ewa Konigsman: Kiedy pierwszy raz (w laptopie) czytałam wnuczce poszczególne bajki, przyznam, iż byłam mile zaskoczona jej reakcją. Z powagą oznajmiła: „Babuś, a czy pokażesz mi te miejsca?” i wymieniła, co najbardziej chce zobaczyć. Obiecałam i słowa dotrzymuję – już dwa miejsca zaliczone. Pozostałe będziemy zwiedzać z książką w ręce jako przewodnikiem.
Łukasz Kaleciński: Mam dwie wnuczki, jedna ma 6 lat, druga 4 latka. Na razie nie czytałem im tych bajek, poczekam, aż będą starsze. A w rodzinie nie przyznałem się, że jestem jednym ze współautorów. Będzie na pewno w domu sensacja i trochę „draki”, jak się dowiedzą.
Teresa Dźwigałowska: Moje wnuczki, dziewczynki w wieku 10 i 11 lat, po przeczytaniu książki i usłyszeniu, jak ona powstała, zachęciły się do pisania własnych. Stąd ten pomysł aby pod moim pseudonimem opublikować list. To jest właściwie opowiadanie mojej Urszuli. Zaznaczyły w kalendarzu, kiedy będzie można zwiedzić te miejsca we Wrocławiu i jak na dzień dzisiejszy prawie wykonały plan.
Maja Garczyńska: W trakcie powstawania opowiadań nie byłam babcią. Nawet z chwilą przystąpienia do projektu nic nie wskazywało, że wkrótce nią zostanę. Teraz ogromnie się cieszę, że podjęłam się tego zadania. To wielkie szczęście, że mam kochaną wnusię, której mogę zadedykować to opowiadanie. Nie każda wnuczka ma babcię, która pisze bajki. To wielka radość, po prostu duma mnie rozpiera! Przy okazji, Madziu, dziękuję, że mi nie odpuściłaś!

Jak sądzicie, czy „Mój przyjaciel smartfon” będzie aktualny za rok, dwa, dziesięć lat? Czasy się zmieniają, postęp technologiczny nie idzie, ale gna…
Irena Kawczyńska: Naprawdę wierzę, że możemy zainspirować rodziców i dzieci do wyjścia z domu, właśnie latem, w wakacje.
Maria Marchwicka: Książka jest nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. I z każdego opowiadania wynika jakiś morał.
Aleksandra Wrzos: W jakimś sensie zatrzymaliśmy czas, opisując Wrocław w drugiej dekadzie XXI wieku. Pewnie za kilka, kilkanaście lat coś się zmieni, jak chociażby siedziba MWW, bo obecna traktowana jest niestety jako tymczasowa. I parę innych, opisywanych przez nas miejsc. Nasze opowieści zyskają wówczas status kroniki.

Książka nie powstałaby bez pomocy życzliwych i bezinteresownych osób – Słuchaczy UTW w UWr. Jerzego Sosnowskiego – przewodniczącego Zarządu UTW w UWr, który wspierał nas od samego początku w staraniach o wydanie. Alicji Ugrewicz – autorki okładki. Włodzimierza Bierońskiego – który dokonał składu książki. Janusza Traczyka, dzięki hojności którego został sfinansowany pierwszy druk. Książka zostanie wznowiona przez Wrocławskie Centrum Seniora, dzięki czemu zyska szerszy zasięg. 

fot. Alina Metelytsia

CATEGORIES
Share This

COMMENTS

Disqus ( )