To już nie ta trawa…Felieton Andrzeja Wasilewskiego

To już nie ta trawa…Felieton Andrzeja Wasilewskiego

Andrzej Wasilewski

Jako człowiek, który od dziecka uważał, że życie za płotem jest zawsze bardziej intrygujące, ciągle organizowałem różne przedsięwzięcia dające smak przygody i przyznam, że na ogół mi to wychodziło. Oczywiście, mam także pewien zapas pomysłów jeszcze niezrealizowanych, jak np. podróż kolejową do Władywostoku na Kamczatce, lot balonem „gdzie wiatr poniesie” (to rezerwuję na nieodległe 80. urodziny), czy wyprawę w siodle do krainy konia, czyli do Mongolii. W tej ostatniej sprawie zresztą poczyniłem realne przygotowania.

Kiedy wykupiłem lekcje jazdy konnej, instruktorka była nieco zakłopotana, bo siedemdziesięcioletni kursant na konia nie wskoczy, więc jak go tam posadzić? Takiego wiekowego przypadku jeszcze nie miała. Wymyśliła, że podstawimy schodki, po których kursant na konia wejdzie. Konia natomiast operacja ta znacznie zaniepokoiła, bowiem nikt mu do tej pory schodków do brzucha nie przystawiał, przeto nie wiedział, co z takiej operacji dla niego ma wyniknąć i, strzygąc uszami, ciągle się odsuwał z lękiem. Następnym etapem przygotowań był dobór siodła, bowiem do różnych rodzajów jazdy są siodła o różnym rodzaju funkcjonalności i wygody, o czym wcześniej nie wiedziałem. Fachowiec od koni zapoznany z moją ideą, po naradach z innymi fachowcami, których zwołał, bo przypadek kuriozalny (półroczna podróż w siodle, a i jeździec nie kowboj), orzekł: siodło rodeo. Rzeczowo też zapytał: w ile koni chce pan jechać? Jak to w ile koni? – zdziwiłem się. Przecież nie taborem. Pod siodłem. – No, a pasza na pół roku? Witaminy? Odżywki dla konia?
Przyznam, że pytanie eksperta od jazdy konnej mnie zdumiało, bo szlak przez Ukrainę i południową Rosję to same stepy. Sama trawa. Mam transportować siano na łąkę? Bolesław Chrobry latał konno od Berlina do Kijowa, tabuny Tatarów hasały ze środkowej Azji do Wiednia bez worków witamin dla koni, a pasali je wszędzie rosnącą trawą. Na takie argumenty ekspert pokręcił głową i z ironiczną miną rzekł tonem politowania: Proszę pana… to już nie ta trawa… i nie te konie.

Nie to mleko, nie to masło, nie to mięso

Prawda. To już nie ta trawa, nie ta marchewka (nafaszerowana azotanami i azotynami oraz stymulatorami wzrostu masy), to nie te ogórki (im bardziej ciemnozielona skórka, tym bardziej napchane azotem), automatycznie nie to mleko z tej trawy, a nadto nasycone preparatami zapobiegającymi kwaśnieniu i antybiotykami, to nie te jajka, bo z fermowych kur niezapłodnionych, a więc biologicznie niezrównoważone, nie ten chleb, bo nasycony chemicznymi konserwantami, spulchniaczami i nie wiadomo czym tam, to nie to mięso, bo nasycone konserwantami i barwnikami oraz solą czy też polepszaczami smaku. To nie te pomarańcze, bo w procesie magazynowania nasycane są silnymi konserwantami dymnymi i dlatego ich skórka nie może być dodawana do kompostu, to nie to masło, bo w 20 procentach nafaszerowane uzupełniaczami nie zawsze zdrowymi, to nie ta kiełbasa, bo w połowie tylko z mięsa, a wędzone ryby wcale nie są wędzone, lecz parzone w złocistym konserwancie chemicznym – i tak dalej. Gleba, z której składniki pokarmowe czerpie pietruszka, cebula czy rzodkiewka nawet na ukraińskim stepie jest zdegradowana opadem pyłów przemysłowych otaczających kulę ziemską i wytrącanych z atmosfery w ilościach kilku ton na kilometr kwadratowy. Zwykła cebula w magazynach jest promieniowana słabą dawką radioaktywną, żeby nie puszczała zielonych kiełków. I nie puszcza – do sadzenia używana jest inna niż spożywcza. Ryby z południowego Bałtyku („polskiego”) w ogóle nie powinny znaleźć się na stole z powodu skażeń chemicznych.

Gdzie medycyna ludowa?

To tylko niektóre czynniki, choć nie wszystkie, powodujące, że „to już nie ta trawa”. To już nie to pożywienie, to już nie ta zdrowotność, to już nie ta skuteczność przyrodniczych środków leczniczych (ziół). Skutkiem jest wzrost liczby organizmów zbuntowanych przeciw zatruciom (alergie pokarmowe dzieci), na co lekarstw nie ma i jest to zupełnie logiczne.
Za czasów naszego dzieciństwa (mam na myśli lata czterdzieste i pięćdziesiąte ubiegłego wieku), „medycyna ludowa” znajdowała się w szerokim, skutecznym zakresie stosowania. Przeziębienia, grypki, chrypki, zapalenia oskrzeli, kaszelek i podobne „drobiazgi” leczono herbatką lipową, roślinnymi syropkami, stawianiem baniek, nacieraniem olejkiem kamforowym, mlekiem z czosnkiem i miodem, przy czym wszystko to było skuteczne. Bolesne wrzody podskórne leczono skutecznie okładem z cebuli, reumatyczne stany zapalne okładem z chrzanu, na stłuczenia przykładano liście babki, a złamania „sklejano” żywokostem. Wiele damskich dolegliwości leczono jasnotą białą, zaćmę płukanką z ałunu i miodu, a trudno gojące się rany okładem z marchwi i miodu. Działało. Specjalistów samouków z tej dziedziny zwano zielarzami i bardzo szanowano. Gromadzoną w wielowiekowych przekazach wiedzę mieli ogromną i zweryfikowaną w praktyce. Leczenie polegało na stosowaniu środków przyrody zharmonizowanej bezpośrednio z organizmem człowieka. Zioła pełniły funkcję regulacji sterowników impulsów bioelektromagnetycznych w układach fizjologicznych, ale zostały wyparte przez zachłyśnięcie się medycyny technologią chemiczną działająca szybciej, odczuwalnie, bo wybiórczo.

Żyjąc we wszechobecnej chemii

Istotnie, w XXI wieku jesteśmy już znacznie oddaleni od matki Przyrody funkcjonującej w zrównoważonym układzie biochemicznym i elektromagnetycznym wzajemnych współzależności. Przenieśliśmy się w wielu sferach w świat zdeformowany przyrodniczo przez ingerencję technologiczną człowieka. Co prawda odstąpiliśmy od wielkopłytowego budownictwa mieszkaniowego nasyconego promieniowaniem betonu, ale ubieramy się w tworzywa sztuczne emitujące plusową jonizację osłabiającą organizm ludzki, zabudowujemy mieszkanie meblami, których w przedszkolu stosować nie wolno z uwagi na chemię klejów do płyt wiórowych, odżywiamy się produktami zawierającymi środki chemiczne deformujące naturalny metabolizm organizmu, pijemy wodę nasyconą środkami odkażającymi i antykorozyjnymi, jemy warzywa hodowane w ziemi skażonej chemicznie, nie możemy kąpać się w rzekach wypełnionych ściekami komunalnymi i przemysłowymi, a nawet jadać ryb w nich złowionych, bo śmierdzą fenolem, a do jezior spływają nawozy sztuczne z okolicznych pól, powodując wysypki alergiczne u kąpiących się. A kiedy zachorujemy, bierzemy garściami tabletki leków syntetycznych, które część składników pozostawiają na zawsze w naszej wątrobie, nerkach, mięśniach i stawach, powodując osłabienie funkcjonowania tych narządów z powodu „zamulenia”.

Bez apteki bezradni

Nie od rzeczy jest uwaga, że przemysł farmaceutyczny, będący aktualnie biznesem najbardziej dochodowym, wcale nie kieruje się intencją poprawy naszego zdrowia. Ideą biznesu jest, jak wiadomo, gromadzenie kapitału. Płaszczyzna zdrowotna jest jedynie drogą do kasy, a nie celem. Stąd wiele leków jest tak konstruowanych, żebyśmy nimi leczyli objawy (bo produkt zyskuje wiarygodność dla następnych nabywców), ale też hodowali następną chorobę. Nie będę wymieniał nazw, ale powiem, że pewien lek na obniżenie ciśnienia dyskretnie generuje zarazem powstanie dny moczanowej, wiele leków nasercowych generuje astmatyczne stany oskrzelowe, lek redukujący bóle podagryczne wywołuje małopłytkowość jako prostą drogę do zaburzeń hematologicznych, a więc kolejnych serii leków – i tak dalej. A my, bez pomocy apteki jesteśmy już bezradni, bo naturalne medykamenty to „już nie ta trawa”. Dzisiaj herbatką lipową nikt już niczego nie wyleczy. Od Przyrody oddalamy się, a w technologiach działamy przeciwko sobie na wielu płaszczyznach. I dlatego że odwrotu nie ma, aby nie siać defetyzmu, zalecam nie zajmować się myśleniem na ten temat, bo na wrzodziejące rany i tak nie przyłożysz już marchwi z chrzanem, tylko będziesz wysiadywać w kolejkach po receptę, okładem z chrzanu nie będziesz uśmierzać bólów reumatycznych, lecz pójdziesz po receptę, a nasionami ostropestu wątroby leczyć nie będziesz, tylko pójdziesz do przychodni. Bo skutek nie tak wyraziście widoczny, jak po tabletkach.
I dlatego, żeby nie zatracić optymizmu i radości życia nawet w chorobie, proponuję nie zajmować się myśleniem na ten temat. Radzę przeto dużo optymizmu, wesołych filmów komediowych na kanałach zagranicznych (bo na polskich nie ma), ubrać się i iść na spacer, na żagle, na narty, na siłownię kardiologiczną, radośnie popatrzeć na pięknie kwitnące (dobrze nawożone syntetykami) klomby w środku miasta. Bo za miastem, na łąkach kwiatów coraz mniej, coraz bardziej rachityczne. I trawa – to już nie ta trawa. Niestety – prawda przypadkiem wyrażona, ale… prawda.

źródło: Gazeta Senior 4/2020


Zapisz się do Newslettera Gazety Senior, a otrzymasz na swój adres e-mailowy zbiór najciekawszych artykułów publikowanych w serwisie GazetaSenior.pl Zapisz się do Newslettera


Polecamy również felieton Andrzeja Wasilewskiego o samotności na emeryturze:

Samotność, cisza, lęk, emerytura. Felieton Andrzeja Wasilewskiego

Kategorie
Udostępnij