Agnieszka Adamowska opowiada o wejściu na Himlung

Agnieszka Adamowska opowiada o wejściu na Himlung

Można się wspinać w każdym wieku, co udowodniła Agnieszka Adamowska (55 lat). W rozmowie z Lindą Matus opowiada o pierwszym polskim wejściu na Himlung.

73-letnia Japonka Tamae Watanabe po raz drugi zdobyła Mount Everest, stając się najstarszą kobietą na świecie, która tego dokonała. Agnieszka Adamowska natomiast w tym roku skończyła 55 lat i zdobyła Himlung (7126 m n.p.m). W rozmowie z Lindą Matus opowiada o pierwszym polskim wejściu na Himlung. Jako jedyna z czteroosobowej polskiej ekipy 23 października około godz. 11.00 lokalnego czasu zdobyła szczyt.

Agnieszka Adamowska

Agnieszka Adamowska

Linda Matus: Było trudno?
Agnieszka Adamowska: Nie ma łatwych siedmiotysięczników. Może nie ma na Himlung wielkich trudności technicznych, ale są inne. To było pierwsze polskie wejście, więc góra, jak i sama droga nie były dobrze opisane. Zawsze łatwiej idzie się przetartym szlakiem. Z jednej strony to jest wielkie wyzwanie wejść jako pierwszy na dany szczyt, ale z drugiej strony to ogromne obciążenie, bo nie ma się do czego odnieść. Nasz zespół składał się z czterech osób: Hanny Myślewskiej, Piotra Juszczaka, Wojciecha Łukasika i mnie.
Góra jest niezwykle rozległa, a odległości między obozami duże. Dojście do niej trwa ok. 4-5 dni. Idzie się dość dzikim rejonem Phu na wysokości ok. 3,5 tys., który zamieszkuje ludność Khampa. Ludzie tu mieszkają w domach zbudowanych z kamienia, bez elektryczności i wody. To jest historia na osoby artykuł. W tym roku wyznaczono nową trasę na Himlung, poprzednia była zbyt niebezpieczna. Postawiono nową bazę na wysokości 4900 m, tym razem na trawie, co jest znacznie przyjemniejsze do mieszkania niż baza na lodowcu, ale przez to jest dalej i robi się dodatkowa godzina drogi do pierwszego obozu.
L.M.: Miesiące przygotowań i treningów, o których donosiliśmy w „Gazecie Senior”. Czy udało się sprostać fizycznemu wyzwaniu?
A.A.: Trzeba przyznać, że mieliśmy trochę kłopotów zdrowotnych po drodze. Koleżanka Hanna musiała się cofnąć z pierwszego obozu, ze względu na złe samopoczucie z powodu zapalenia oskrzeli. Do obozu drugiego dotarłam już tylko z Wojtkiem Łukasikiem. Jednak w trakcie ataku szczytowego źle się poczuł i również musiał cofnąć się do obozu. To miało dla mnie później duże znaczenie przy zejściu, przy którym miałam mnóstwo przygód.

Agnieszka Adamowska - zdjęcie szczytowe AA Himlung (23.10.2018)

Agnieszka Adamowska – zdjęcie szczytowe AA Himlung (23.10.2018)

L.M.: To dla laika bywa zaskakujące, że tak wiele uwagi wspinacze poświęcają zejściu.
A.A.: Ponieważ nie wejście, ale zejście okazuje się często największym problem. Najwięcej wypadków jest właśnie podczas schodzenia, ponieważ szczyt został zdobyty, adrenalina opada, a przed nami taka sama droga w dół. Niestety schodząc z Himlung dostałam ślepoty śnieżnej, czyli porażenia nerwu wzrokowego od nadmiaru intensywnego światła. To się zdarza w górach wysokich przy zdjęciu nawet na chwilę okularów. Praktycznie przestałam widzieć. Byłam z przewodnikiem, ale on również był tam pierwszy raz, a w drodze powrotnej dopadło go zmęczenie i niestety mnie zgubił. Na drodze spotkałam Francuza, który miał podobny problem, ale niestety majaki wskazywały, że jest w dużo gorszym stanie niż ja, mimo to ruszył w drogę. Ja zatrzymałam się, czekałam i krzyczałam, wzywając pomocy. Mój towarzysz, który pozostał w obozie drugim, zaniepokoił się, że tak długo nie wracamy, wyszedł po mnie i krok po kroku doprowadził mnie do namiotu. Na drugi dzień już widziałam na jedno oko, drugie zapuchnięte powoli zaczęło wracać do zdrowia. I pierwszy raz wróciłam z odmrożeniami. Cała akcja szczytowa, czyli wejście i zejście, trwały 19 godzin w minus 20 stopniach. Jednak najgorszy był bardzo silny wiatr, niemal huragan. Niewątpliwie nieprzyjemna strona tego wejścia to te odmrożenia.
L.M.: Dobra forma to podstawa, ale i bez szczęścia się nie obejdzie.
A.A.: Szczęście w górach zawsze się przydaje. Na moją korzyść grało również doświadczenie, bo wspinam się od lat. Jak jest dobrze, to można i w 14 dni wejść na ośmiotysięcznik, ale jak zaczynają się problemy, to zdarzają się straszne wypadki. Dziś w górach wysokich często można spotkać ludzi, którzy nie powinni się tu znaleźć. Zmieniły się czasy i mamy mnóstwo tzw. komercyjnych wejść organizowanych przez wyspecjalizowane agencje. To jest pewna droga na skróty. Kiedyś droga do gór wysokich wiodła przez Tatry, Alpy, wspinanie się na Kaukazie. Adept przyuczał się przy lepszych od siebie. Dziś każdy może spróbować. Co było nie do pomyślenia dla mojego pokolenia.

Stupa w bazie pod Himlung (Agnieszka Adamowska)

Stupa w bazie pod Himlung (Agnieszka Adamowska)

L.M.: Wiele dziedzin się zmieniło, ale pewnie są też dobrze strony?
A.A.: Za moich młodych lat, jeśli nie było się w jakiejś dofinansowanej narodowej wyprawie, to praktycznie nie mieliśmy szansy na wspinanie się w górach wysokich. To też wynika z głębokich przemian, które dokonały się w naszym kraju. Także sprzętowo, technicznie bardzo dużo zmieniało się na korzyść. Kombinezony puchowe nieprzemakalne, lżejsze raki i czekany, kijki, których się dzisiaj używa praktycznie cały czas itp. Udogodnienia.
L.M.: Nasi czytelnicy pewnie zastanawiają się teraz, ale po co się tak narażać?
A.A.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie każdemu, kogo pasja wykracza poza pewną normę. Choć w sumie trudno określić, co jest tą normą. W moim przypadki sprawia mi to ogromną radość, nadaje życiu sens i ta świadomość, że zawsze coś jeszcze czeka do zrobienia, do zdobycia.

Himlung z obozu II - droga podejścia

Himlung z obozu II – droga podejścia

L.M.: W takim razie zapytam o plany na przyszłość, czy już coś może Pani zdradzić?
A.A.: W tej chwili wydaje mi się, że to jest moja ostatnia wielka góra. W pewnym wieku trzeba przyznać, że jednak człowiek nie tak łatwo się aklimatyzuje, a wysiłek, który trzeba włożyć we wspinaczkę jest na tyle duży, że powoli przyćmiewa radość z wejścia. Nie mówię, że na 100%, ale w tym momencie na tak wielką górę chyba bym się już nie porwała.
L.M.: … nigdy więcej tak wysokich gór?
A.A.: …jak teraz wracam do zdjęć, to te obrazy zaczynają wypierać zmęczenie i przypomina mi się, jak było fajnie. Muszę przyznać, że wyprawa była bardzo udana, co nieczęsto się zdarza. Byliśmy bardzo zgraną drużyną, świetnie się dogadywaliśmy, a ogromny wysiłek nie obnażył naszych gorszych stron. Ponadto pierwszy raz doświadczyłam tzw. magii szczytu. Zawsze byłam bardzo rozsądna we wspinaniu się, a tym razem po raz pierwszy powiedziałam „wejdę” i nie zważałam na nic. Przypomniało mi to słynne zdanie zdobywców pierwszego zimowego wejścia na Everest: „Gdyby to nie był Everest, to byśmy chyba nie weszli”.

Himlung obóz

Himlung obóz

 


Więcej o wyprawie:
Artykuł Jesienią seniorki zamierzają zdobyć Himlung Himal kliknij  TUTAJ
Artykuł Przed wyprawą w Himalaje – rozmowa z podróżniczką kliknij TUTAJ

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Disqus ( )