EMERYT NA WOJNIE. Relacja z terenów objętych konfliktem zbrojnym

EMERYT NA WOJNIE. Relacja z terenów objętych konfliktem zbrojnym

Andrzej Wasilewski 

Rozmowa z Rafałem Grzelewskim z Polskiej Akcji Humanitarnej, który poznał realia seniorów żyjących we wschodniej Ukrainie na terenach objętych konfliktem zbrojnym.

W roku 1965 będąc w Odessie, słyszałem od Ukraińców, że ich zdaniem jednolitej Ukrainy nie ma. Mieszkańcy Ukrainy wschodniej czują się bardzo skonsolidowani z Rosją, radzieckim modelem gospodarczym, a „zapadencew” („zachodniaków”) mają za politycznych warchołów, którym wiecznie wszystko się nie podoba i sami nie wiedzą, czego chcą. Kiedy 15 lat później byłem w Kijowie, słuchałem wybrzydzania tychże „zapadencew” na „wostocznikow”, że są kompletnie zrusyfikowani, nawet języka ukraińskiego nie znają i są przeciwnikami związków z Zachodem, w czym to z kolei „zapadency” widzą swoją przyszłość, ale jako kraj zupełnie niepodległy.

Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Póki Związek Radziecki trzymał krótką ręką zarówno uprzemysłowiony i bogatszy „wschód”, jak i rolniczy „zachód” animozje miały wymiar jedynie narzekania towarzyskiego. Po uzyskaniu państwowości, kiedy trzeba było ustalić koncepcję państwa, ustroju ekonomicznego i rozwiązań administracyjnych, Ukraina zachodnia oscylowała wokół rządów silnej ręki w oparciu o naturalne  powiązania  Rosją, a zachodnia opowiadała się za zerwaniem jakichkolwiek powiązań z kimkolwiek i pełnią suwerenności. Wyborcy wybrali wersję drugą, co doprowadziło do anarchii, korupcji, bałaganu administracyjnego i braku panowania władzy centralnej nad wewnętrznym życiem kraju. Nie godziła się z tym Ukraina wschodnia i nie chciała się „zainfekować” – jak mówili Ukraińcy z Donbasu.

Dokładnie 7 lat temu wybuchła wojna, która w okrutny sposób obnażyła i pogłębiła ten ostry podział Ukrainy – mówi Rafał Grzelewski z Polskiej Akcji Humanitarnej. – Mimo oficjalnego zawieszenia broni, na tym terenie nieustannie dochodzi do wymiany ognia. 450-kilometrowy pas rozgraniczający jest mocno zaminowany i niemalże uniemożliwia przejście. Na długości równej odległości od Poznania do Białegostoku znajduje się jedynie 5-6 przejść punktów kontrolnych, przypominających przejścia graniczne, które w związku z pandemią zamknięto. Ostrzał artyleryjski dotyka mniej więcej głębokość około 5 kilometrów wzdłuż tego pasa i wydarza się w czasie nieprzewidywalnym, w miejscach nieprzewidywalnych i z intensywnością nieprzewidywalną. Na tej przestrzeni, pod ciągłym ostrzałem żyje ponad 5 mln ludzi, z czego 3,4 mln wymaga pomocy humanitarnej.

-Tyle ilu liczy sobie województwo wielopolskie – wtrącam.

-Trzeba powiedzieć – mówi dalej pan Grzelewski- że są to prawie sami emeryci. Ludzie młodsi i w średnim wieku zwykle dawno już opuścili te tereny. Pozostały osoby starsze, które już nie są w stanie organizować sobie życia od początku gdzie indziej. Tu jest ich dom, czasami nieuprawiane już, ale jednak – gospodarstwo rolne, dorobek życia, a czasem dorobek pokoleń. Nie jest proste porzucić to wszystko i żyjąc z bardzo niskiej emerytury przenieść się w bezpieczniejsze rejony. Mówimy o terenie, gdzie mieszkają przeważnie starsze, samotne kobiety, schorowane na miarę wieku, nierzadko okaleczone przez odłamki pocisków lub min, z utrudnionym dostępem do lekarza, bo transport publiczny w związku z pandemią nie działa. Jest tam bardzo wiele osób z niepełnosprawnościami. Mnóstwo lekarzy opuściło te tereny w poszukiwaniu lepszego życia, a ci nieliczni,  którzy zostali, są przeważnie w wieku emerytalnym. Obliczono, że 360 tys. ludzi funkcjonuje tam w skrajnym ubóstwie, bez żadnych środków finansowych, bo np. emerytura jest do pobrania po drugiej teraz stronie linii frontu. Teraz ta linia rozgraniczenia jest zamknięta, więc niektórzy ludzie zostali kompletnie bez pieniędzy. Czasem, żeby się ratować, ludzie dają swoje karty bankowe komuś, kto obiecuje się przedostać do bankomatu – po jego powrocie dowiadują się, że albo pieniędzy nie było, albo karta „zginęła”. Szczepień na koronawirusa się jeszcze nie przeprowadza. Bywało, że o pandemii starsze osoby dowiadywały się dopiero od naszych pracowników.

-Wolontariuszy zapewne? – precyzuję.

-Pracowników – podkreśla pan Rafał – Polska Akcja Humanitarna specjalizuje się w profesjonalnej pomocy mieszkańcom rejonów konfliktów zbrojnych. Ze względów bezpieczeństwa nie wysyłamy na misje wolontariuszy. Obecnie mamy 5 takich misji: w Iraku, Jemenie, Somalii, Sudanie Południowym i w Ukrainie. Tu nie wystarczy poryw serca. Zawsze zatrudniamy specjalistów o konkretnych kwalifikacjach np. lekarzy, pracowników socjalnych, logistyków. Najczęściej są to mieszkańcy tych krajów lub państw ościennych. W Ukrainie naszą misję tworzy 40 osób. W tej chwili, ze względu na pandemię, koncentrujemy się konkretnej pomocy indywidualnej lub w małych grupach. To są bardzo różne przypadki. Krawcowej, która straciła nogę, pomogliśmy zdobyć elektryczną maszynę do szycia, tam są przeważnie z napędem nożnym. Kobiecie, której odłamki połamały szczękę w 16 miejscach, pomogliśmy pokonać biurokratyczne procedury utrudniające przyjęcie do szpitala. W przeszłości pomagaliśmy zakładać drobną działalność gospodarczą, dzięki czemu ludzie stawali się bardziej niezależni od pomocy humanitarnej. Na co dzień pomagają nasi rehabilitanci, pracownicy socjalni, to najczęściej kobiety, które wykonują wszystkie prace domowe, w mieszkaniach osób chorych, niedołężnych, samotnych, ale wspierają też psychologicznie. Takie wsparcie jest tam bardzo ważne, bo permanentny stres często prowadzi do depresji, a depresja bywa chorobą śmiertelną. W Ukrainie rocznie mamy 6,5 tys. samobójstw, głównie wśród starszych mężczyzn, którzy stracili sens życia. Te nasze działania polegają czasami też na oderwaniu uwagi od uzasadnionych zresztą, trosk i przygnębiającej samotności. Przed pandemią organizowaliśmy coś w rodzaju zajęć świetlicowych, terapii zajęciowej, grup zainteresowań prostymi zajęciami plastycznymi – byle tylko ludzie nie byli sami ze swoimi zmartwieniami i poczuciem beznadziei. Ponieważ lockdown przerwał regularność dostaw do sklepów i nie chcemy, żeby ludzie się niepotrzebnie narażali, wychodząc z domów, dostarczamy paczki z żywnością i artykułami higienicznymi. Dodam, że po 7 latach życia na polu minowym, że tak określę, wśród rozrywających się pocisków i dość regularnych ostrzałów ludzie się przyzwyczajają, wpadają w rutynę, zaczynają trochę lekceważyć niebezpieczeństwo i np. idą do lasu na grzyby, skąd część już nie wraca albo wraca okaleczona przez miny. Albo z biedy i desperacji zbierają niewybuchy, żeby je sprzedać na złom i uzyskać parę hrywien na żywność.

Rzeczywiście straszne, myślę sobie, przeżywając głębiej treść rozmowy z Rafałem Grzelewskim. Wojna, sama w sobie, jako działalność polegająca na zabijaniu innych ludzi, jest działaniem strasznym. Ale usytuowanie emeryta, który wprawdzie w działaniach wojskowych udziału nie bierze, ale ponosi ich skutki psychiczne, zdrowotne i ekonomiczne. Przy równoczesnej bezradności życiowej wobec problemów ograniczonej mobilności, zaradności, sił, uwiązania do miejsca, kłopotów zdrowotnych i zdania się na innych ludzi, którzy są albo nie, pomogą albo nie – nie jest położenie, za jakim senior tęskni.

Zachęć bliskich do wsparcia Polskiej Akcji Humanitarnej poprzez przekazanie 1% podatku. To wsparcie, które nic nie kosztuje! KRS: 0000136833 lub poprzez stronę internetową www.pah.org.pl/1-procent

Może Cię zainteresować:

Papuasi na emeryturze – opowiada Tadeusz Biedzki

Kategorie
Udostępnij