Sanatorium Miłości – rozmowa z bohaterkami I edycji

Sanatorium Miłości – rozmowa z bohaterkami I edycji

Formuła programu była taka: do sanatorium przyjeżdża dwanaście samotnych, pochodzących z różnych zakątków Polski osób. Sześć kobiet i sześciu mężczyzn przez trzy tygodnie poznają się i wspólnie biorą udział w różnego rodzaju aktywnościach w uzdrowisku. Czy połączyła ich miłość? O to właśnie (i nie tylko o to) zapytaliśmy uczestniczki I edycji „Sanatorium miłości”.

Linda Matus: Rok temu 20 stycznia 2019 r. wyemitowano pierwszy odcinek Sanatorium Miłości. Okrągła rocznica zachęca do podsumowań. Jaki to był rok? Czy spodziewały się Panie zmian, którymi zaowocowało uczestnictwo w programie?
Joanna Tunney: Żadna z nas nie spodziewała się takiej popularności programu. Nawet jego twórcy byli zaskoczeni oglądalnością. Tak, ten rok był niesamowity i aktywny. Patrząc z perspektywy czasu upłynął bardzo szybko. Pełen był wspólnych spotkań. I właśnie te spotkania, nas uczestników, były najpiękniejsze. Trzy tygodnie spędzone na planie w tak intensywnej atmosferze bardzo nas zbliżyły. Jesteśmy w stałym kontakcie telefonicznym. Planujemy wspólne imprezy i wyjazdy, dzielimy się wrażeniami. Nie spodziewałyśmy się, że w tym wieku można nawiązać tak wspaniałe przyjaźnie. To jest dla nas najcenniejsze. Czy program nas zmienił? Nie, raczej nie – staramy się pozostawać sobą. Ale oczywiście mnóstwo różnorodnych, nowych możliwości się przed nami pojawiło.

W jaki sposób blisko 4 miliony widzów przed telewizorami przekłada się na popularność na ulicach? Jak Panie sobie z nią radzą? Czy to są miłe chwile, czy zdarzają się również nieprzyjemne incydenty?
Joanna Tunney: Każda z nas ma trochę inne odczucia dotyczące popularności. Nieprzyjemne incydenty nie zdarzały się. Ja ze względu na nienachalną urodę (jak mawiała pani Czubaszek) nie byłam rozrywana (no, chyba że pojawiałam się w towarzystwie Niny bądź Wiesi). Nie czułam się gwiazdą, więc też tak się nie zachowywałam. Miasto, w którym mieszkam nie odnotowało mojego udziału w programie i nie było w ogóle zainteresowane moją osobą. Tu raczej spotkałam się z objawami mniej lub bardziej demonstrowanej obojętności. Ale tam, gdzie byłyśmy zapraszane, zawsze towarzyszyło nam zainteresowanie fanów (i to fanów w różnych przedziałach wiekowych). I zawsze były to bardzo miłe chwile. Często ludzie kłaniają mi się na ulicy i widać, że nie pamiętają, skąd mnie znają. Ja zawsze grzecznie się im odkłaniam. Jeden pan (gdy byłam na wczasach w Krynicy Morskiej) dopiero na trzeci dzień trafnie odgadł, skąd mnie pamięta.
Teresa Wąsowicz: Również w moim mieście, poza jednym wywiadem w lokalnej gazecie, żadnych propozycji nie było. Jestem rozpoznawalna i to jest miłe, bo spotykam się z życzliwością i podziwem dla odwagi podjęcia decyzji wystąpienia w programie. Jednakże czasami bywa to trochę męczące.
Walentyna Kozioł: Jestem bardzo mile i życzliwie przyjmowana przez mieszkańców Mikołowa i również gdziekolwiek się pojawiam. Po edycji programu zostałam osobiście zaproszona przez burmistrza Mikołowa na kawę na spotkanie z nim i z mikołowską Radą Seniorów. Było bardzo miło. W Dzień Kobiet 8 marca miałam spotkanie z seniorami i wywiad do lokalnej gazety w bibliotece mikołowskiej. Zostałam również zaproszona na wywiad i spotkanie do Domu Kultury w moim mieście.
Małgorzata Zimmer: Dużo zamieszania było wokół mnie i Marka. Obecnie, kiedy jestem sama, a informacje na nasz temat są różne, często spotykam się z pytaniami o nasze relacje. Ponieważ zostaliśmy przyjaciółmi, mogę spokojnie naświetlać aktualną sytuację. Wszyscy odnoszą się do nas z wielką sympatią.
Nina Busk: Nie przewidywałam takiego zainteresowania moją osobą wszędzie, gdzie się pojawię. Usłyszałam tyle miłych słów podziwu i sympatii. Zaproponowano mi udział w Voice Senior, gdzie poznałam wspaniałych ludzi. Wszyscy dookoła mi gratulują. Jestem im bardzo wdzięczna za okazane uczucia i emocje. Po programie odzywają się do mnie osoby (zarówno z kraju, jak i z zagranicy), z którymi w przeszłości się spotkałam. Same piękne słowa od nich słyszę.
Wiesława Kwiatek: Wszędzie jestem rozpoznawalna i bardzo mile przyjmowana. Jednak to, co spotkało mnie (i Ninę Busk) na Międzynarodowych Targach Seniorów w Kielcach, tzn. tak wspaniała reakcja naszych fanów przerosła moje oczekiwania.

Czy popularność mobilizuje? Czy dziś, po programie „Sanatorium miłości”, bardziej dbają Panie o siebie i np. częściej chodzą do fryzjera, badają się profilaktycznie?
Joanna Tunney: Czy mobilizuje? Na pewno tak. Przecież jesteśmy wystawione na widok publiczny (stałyśmy się osobami publicznymi) i kiedy ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie, musimy czuć się dobrze we własnej skórze. Jednakże w programie nie malowałyśmy się przesadnie i wyglądałyśmy naturalnie (szczególnie po ciężkich wysiłkach fizycznych), więc nie było potrzeby metamorfozy i zmiany wizerunku. My i przed programem dbałyśmy o zdrowie i kondycję fizyczną oraz starałyśmy się prowadzić zdrowy tryb życia. A program dodatkowo zmobilizował nas do regularnego dbania o siebie.

✔ Przeczytaj również: Sanatorium NFZ 2020 zmiany i nowe zasady skierowań

Nasi czytelnicy z pewnością są ciekawi, czy rozpoznawalność można przekuć na konkretne finansowe korzyści, tak jak robią to dziś młodzi celebryci. Czy rynek dostrzegł pojawienie się Pań? Czy mogą Panie liczyć na finansowy bonus do emerytury?
Joanna Tunney: Finanse. Trudny temat. Niestety nasza popularność nie przekuła się na żadne konkretne korzyści finansowe. Może nie starałyśmy się o to dość aktywnie i skutecznie zabiegać. Telewizja również nie złożyła nam żadnych dodatkowych propozycji. Na wszystkich imprezach pojawiamy się bezpłatnie (nie licząc zwrotu kosztów podróży i zakwaterowania) i liczymy na to, że może ktoś nam coś w końcu zaproponuje. Nie ukrywamy, że dodatkowy zastrzyk finansowy bardzo by się nam emerytkom przydał. Jesteśmy trochę zawiedzione, że tak się nie stało. Ale nie obwiniamy nikogo. Nie liczyłyśmy i nie byłyśmy przygotowane na taką popularność. Nie potrafimy się przepychać łokciami. Nie uważamy się za gwiazdy, a tym bardziej za celebrytki i nie chcemy w to środowisko nachalnie wchodzić. To trochę nie nasza bajka. Ale jakby co, to jesteśmy do dyspozycji.
Walentyna Kozioł: Dostałam kilka propozycji finansowych. Jedna z nich to podjęcie pracy w nowopowstałym Klubie Seniora SPA. W Ustroniu wzięłam udział w sesji zdjęciowej do reklamy uzdrowiska, spotkałam się z fanami programu w Klubie Kuracjusza. Centrum Gemini Park w Tychach zaprosił mnie z okazji Tygodnia dla Seniora – udzieliłam tam wywiadu i zaprezentowałam pokaz mody z udziałem seniorek z mojego klubu. Fundacja Dzieci Ulicy zaprosiła mnie na nakręcenie filmiku, którego tematem było spotkanie międzypokoleniowe. Liczę, że dostanę jeszcze ciekawe propozycje.
Wiesława Kwiatek: W sumie dostałam jedną propozycję finansową (udział w reklamie). Ja przed programem dorabiałam w mediach i myślałam, że udział w nim przełoży się na zwiększenie tych ofert. Stało się jednak inaczej. Teraz propozycji jest mniej, bo jestem za bardzo kojarzona z programem.

Czy przed programem sanatoryjna rzeczywistość, o której krążą legendy, była Paniom dobrze znana, czy raczej obca?
Teresa Wąsowicz: Sanatoryjna rzeczywistość nie była mi znana. To było pierwsze tego typu doświadczenie.
Walentyna Kozioł: Byłam kilka razy w sanatorium. Po zabiegach bardzo lubiłam chodzić na imprezy razem z moimi nowymi koleżankami. Po przyjeździe nadal utrzymuję z nimi kontakty i to sobie bardzo cenię.
Małgorzata Zimmer: Mój pobyt w Ustroniu był pierwszym sanatoryjnym doświadczeniem, ale pewnie nie ostatnim. Już w maju planuję z koleżankami wspólny wyjazd do sanatorium.
Nina Busk: Do sanatorium jeździłam co najmniej 6 razy. Ze wszystkich wyjazdów byłam bardzo zadowolona. Przeważnie trafiałam na fajne osoby w pokoju. Bardzo często chodziłam na tańce, które traktowałam jako kolejny zabieg. Zresztą lekarz nawet polecił mi to osobiście. Korzystałam ze wszystkich możliwości poprawy zdrowia. I mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze mnóstwo takich chwil.
Wiesława Kwiatek: Życie sanatoryjne znam z parokrotnych pobytów. Bardzo pozytywnie oceniam czas spędzony na leczeniu, odpoczynku i rozrywce. Zawsze można znaleźć coś dla ciała i dla ducha.
Joanna Tunney: Autorytetem w tej dziedzinie nie jestem, ale byłam w sanatorium 4 razy, więc co nieco wiem na ten temat. Krzako-terapia, parkieto-terapia, suwaki, narciarze – to parę słów, które usłyszałam przed pierwszym wyjazdem, a wiążą się z sanatoryjnym życiem. Ja do sanatorium jeździłam, żeby podreperować zdrowie, a nie szaleć. Nie palę i nie piję, jak również nie szukam guza w stosunkach damsko-męskich. Ale bawić się lubię, więc na potańcówki chodziłam w gronie znajomych. Żadnych przygód nie miałam, bo też ich nie szukałam. Ale wtedy jeszcze miałam partnera, więc mowy o tym nie było. A teraz jestem sama, więc bardziej otwarta. Czy można przywieźć miłość z sanatorium? Owszem, można. I tak się czasami zdarza. Ale nie można być naiwną i łatwowierną. Wszystko z umiarem.

✔ Przeczytaj również: Wywiad z autorką książki Miłość w Sanatorium

Można było spotkań Panie na wielu wydarzeniach senioralnych, angażowały się Panie w wiele ciekawych inicjatyw i akcji? Która była dla Pań najważniejsza i dlaczego?
Joanna Tunney: Rok rozpoczął się w styczniu konferencją prasową dot. programu, w lutym startowała ramówka TVP1, w marcu byłyśmy na zaproszenie Uzdrowiska Ustroń z okazji Dnia Kobiet (weekend dla urody), a potem z wizytą u Walentyny w Mikołowie, później kręciłyśmy dodatkowe wielkanocne odcinki. Było też mnóstwo spotkań w „Pytaniu na Śniadanie”. 22 czerwca otwieraliśmy sezon uzdrowiskowy w Ustroniu. Następnie wspólne wyjazdy do Łodzi, Przyłęku i Lipiec Reymontowskich (na Dni Reymontowskie), do Torunia (koncert Lato z Dwójką) i Ciechocinka (na zaproszenie Niny), uczestniczyłyśmy w Targach Seniorów w Krakowie i Kielcach, na Paradzie Seniora w Warszawie. Były też dwa spotkania (letni grill i świąteczne) u Marka w Józefowie. Moje wspólne z Terenią wyjazdy: do Szczecina (na Spotkanie Kobiet Sukcesu, gdzie odebrałyśmy statuetkę dla programu Sanatorium Miłości), koncert dobroczynny dla Psiej Wioski w Przemyślu i nagrywanie w grudniu programu „Zakochaj się w Świętach” dla lokalnej telewizji w Poznaniu. Wiesia i Nina ubierały choinkę w Bytomiu. Poza tym występowałyśmy w programie „Jaka to melodia”, „Familiadzie” i jako widzowie na trybunach „Czaru Par” i „Voice Senior”. Brałyśmy też udział w tegorocznym finale WOŚP w sztabie w Jadwisinie.
Trudno powiedzieć, która z tych imprez była najważniejsza. Każda była inna. Fajne są te, które dają zadowolenie ludziom z małych miejscowości i wiosek. Oni naprawdę się cieszą, że ich odwiedzamy. Cudownie jest dawać komuś radość życia i pozytywną energię! I przykład, że można jeszcze żyć pełnią życia w tym wieku. I ciągle odkrywać nowe rzeczy i znajdować w sobie nieznane obszary i zdolności. Ważne są również te, na których swoją obecnością możemy wesprzeć szczytny cel i pomóc w zebraniu większych środków.

Ruszyła druga edycja Sanatorium Miłości. Kolejni uczestnicy musieli się zmierzyć z własnymi lękami i oceną środowiska. A jakie najdziwniejsze, może najśmieszniejsze rady usłyszały Panie, gdy Wasi bliscy dowiadywali się, że wezmą Panie udział w programie typu reality show?
Joanna Tunney: Jesteśmy samodzielne i większość decyzji podejmujemy bez radzenia się rodziny i pytania o ich zgodę. Ale oczywiście należało rodzinę powiadomić, a później starać się, żeby nikogo niepotrzebnie nie urazić. Ogólnie sprzeciwu w rodzinach nie było. Może tylko zdziwienie i obawa, że wystawiamy się na śmieszność, bo kto chciałby oglądać, jak bawią się starsze osoby w sanatorium. Stało się jednak inaczej. Ja powiadomiłam mojego syna o udziale w programie, jak już dostałam ostateczne potwierdzenie. Najśmieszniejsza historia dotyczy mojej 13-letniej bratanicy. Gdy dowiedziała się o moim udziale w takim programie (takim, czyli jakim?) powiedziała tylko jedno słowo – żenada. Ponieważ mój brat mieszka na stałe w Hiszpanii, nie miała możliwości oglądania odcinków na bieżąco. Jednakże, gdy odwiedziła mnie w zeszłym roku, poprosiła o pokazanie jednego odcinka (tak z czystej ciekawości) i tak się wciągnęła, że obejrzała połowę (na drugą połowę jesteśmy umówione w lutym, gdy mnie odwiedzi). I była zachwycona.
Poza tym nie trzeba się obawiać, co powiedzą inni. Trzeba być sobą i tylko sobą. My w tym wieku znamy już swoją wartość i nie boimy się ocen i krytyki ze strony najbliższych czy widzów (tak jak dużo młodsze od nas osoby). My swoje już wiemy, chociaż nadal jesteśmy skłonni uczyć się nowych zachowań. Osobiście nauczyłam się większej tolerancji dla drugiej osoby, jej słabości i ułomności.
Małgorzata Zimmer: Gdy moje dwie córki poinformowałam o planie uczestnictwa w programie młodsza była zdecydowanie na nie, ale już po emisji pierwszych odcinków zmieniła zdanie.
Teresa Wąsowicz: Rodzina i przyjaciele podziwiali i wspierali mnie zarówno przed, jak i po emisji programu.
Walentyna Kozioł: Ja po zaproszeniu do programu powiedziałam synom, że zamierzam wziąć w nim udział i otrzymałam ich akceptację.
Wiesława Kwiatek: Rodzina jest ze mnie dumna, że podjęłam decyzję o wzięciu udziału w programie i podziwiała moją odwagę.
Nina Busk: Dla mojej córki informacja o udziale w programie była szokiem. Ale później, jak zobaczyła mnie w programie, była zachwycona. Oglądali program całą rodziną, a mój wnuk kazał sobie powtarzać sceny, w których brałam udział. Bardzo im dziękuję za wsparcie.

Dziś wiemy, że program „Sanatorium miłości” nie przyniósł wielu trwałych związków, ale obserwując Państwa aktywność m.in. na Facebooku, z pewnością przyjaźnie. Czy przyjaźń potrafi zrekompensować brak tego jedynego? Czy „on” jest konieczny do bycia szczęśliwą?
Joanna Tunney: Trudno jest w ciągu 3 tygodni zakochać się w kimś poważnie. Nie w tym wieku. My, którzy jesteśmy po udanych lub nieudanych związkach, utracie najbliższych, jesteśmy ostrożniejsi. Ale przyjaźń, która się między nami zrodziła, jest bezcenna. A przyjaźń może prowadzić do miłości. Różnie bywa. Przyjaźń może również częściowo zrekompensować brak tego jedynego, który przytuli, pocieszy. Ale my to i tak robimy w naszym gronie. Przytulamy się, pocieszamy, doradzamy sobie, podtrzymujemy się na duchu. I wciąż wierzymy, że spotkamy tego jedynego. Bo przeważnie do pełni szczęścia potrzebny jest ten wymarzony ON. Samotność jest ciężka, a szczególnie w późniejszym wieku i chyba niemożliwe jest tak do końca ją zaakceptować.
Paradoksalnie, popularność nie przyniosła nam (uczestniczkom) większego powodzenia u mężczyzn. Niektórzy twierdzili (z czego bardzo się śmiałyśmy), że po programie ustawi się do nas kolejka panów. Nic bardziej mylnego. Zauważyłyśmy, że panowie albo boją się naszej popularności, albo chcą coś na niej skorzystać.

Co poradziłyby Panie seniorom, którzy wciąż nie znajdują odwagi, aby zawalczyć o sobie? Dlaczego powinni to zrobić?
Joanna Tunney: Radzić jest łatwo, ale każdy senior ma inną sytuację. Nie każdy jest samodzielny finansowo, zdrowy, ma wolny czas i przestrzeń na spełnianie swoich marzeń. Każdy powinien jednak znaleźć sobie to coś, co przyniesie mu radość. I należy pamiętać, że ta radość ma być dla nas samych. Wielu seniorów daje radość innym (dzieciom, wnukom, starszym rodzicom) i uważa to za swój obowiązek i powinność, która zajmuje mu cały wolny czas. Boimy się oceny innych, że jeśli zajmiemy się sobą, to nazwą nas egoistami. Nie bójmy się tego. Zawalczmy o swój komfort psychiczny i pełne zadowolenie z życia. Nie musimy od razu iść na tyrolkę czy siłownię. Wystarczy poczytać ciekawą książkę, pójść na kijki do lasu, odwiedzić schronisko i wyprowadzić psa, spotkać się z przyjaciółką, iść do kina, teatru, uszyć sobie coś zwariowanego, pójść na tańce, pomorsować, spróbować swoich sił w malarstwie, pójść na basen lub znaleźć interesujący nas wolontariat. Tak naprawdę ogranicza nas tylko zdrowie. Mnóstwo ciekawych zajęć nie potrzebuje wkładu finansowego (nie musimy od razu kupować drogiego karnetu na fitness). Jak już zaczniecie to robić, to poczujecie się lepiej. Osobiście to wypróbowałyśmy. Gwarantujemy, że działa.
Walentyna Kozioł: Bycie seniorem może być aktywne, ciekawe, radosne, a nawet wspaniałe. Ja przyglądałam się koleżankom w czasie nagrywania programu i uczyłam się od nich, jak być otwartą i cieszyć się życiem.

Czego życzyć Paniom w Nowym Roku?
Joanna Tunney: Najbardziej to zdrowia, przyjemnych niespodzianek, nowych wyzwań, spełniania planów i marzeń (nawet tych najbardziej zwariowanych) i dużo, dużo miłości oraz spotkania kogoś, kto będzie przy nas na dłużej (kogoś odmiennej płci). No i oczywiście tego, żebyśmy trzymały się razem nie tylko w chwilach szczęśliwych, ale też tych trudnych i smutnych. Niech nasza przygoda w programie i przyjaźń, która się tam zrodziła, będą przykładem dla innych i zachęcą ich do wyjścia z domowego zacisza. Bądźmy aktywni, bo to gwarantuje nam zdrowie i szczęście. Wiemy również, że dużo dobrego zadziało się w środowisku seniorów po obejrzeniu tego programu, z czego jesteśmy bardzo zadowolone. O to właśnie w tym programie głównie chodziło. Zmienić w Polsce spojrzenie na seniorów.

Jeżeli chcecie nawiązać kontakt z bohaterkami Sanatorium Miłości i np. zaprosić Panie na wydarzenie, spotkanie lub do profesjonalnej współpracy, to zapraszamy do kontaktu z Joanną Tunney, która jest nieformalną managerką grupy, tel. 601 243 293.

fot. Warszawa, 25.01.2019. Ramówka wiosenna TVP. Spot programu pt. Sanatorium miłości. Na zdjęciu: prowadząca program Marta Manowska oraz Marek Jarosz, Cezary Mocek, Joanna Tunney, Walentyna Kozioł, Krzysztof Rottbard, Małgorzata Zimmer, Teresa Włosowicz, Janina Busk, Wiesława Kwiatek. TVP/PAP/Natasza Młudzik

Zaciekawiła Cię rozmowa z uczestniczkami „Sanatorium miłości”? Przeczytaj wywiad o modelach seniorach:

Evergreen Models, czyli seniorzy w roli modeli

Sanatorium miłości – jak przygotować się na wyjazd do uzdrowiska? Odpowiedź w felietonie:

Co zabrać do sanatorium? Felieton z cyklu Słowo daję

 

Dbasz o zdrowie? W rubryce ZDROWIE odnajdziesz ciekawe artykuły:

Dlaczego kobiety łysieją? Przyczyny i porady

Zaburzenia przemian lipidów – to warto sprawdzić

Dlaczego puchną kostki?

Kategorie
Udostępnij