Starość… nigdy nie wiadomo jak się potoczy. Wrażenia Andrzeja Wasilewskiego z wizyty w Domu Pomocy Społecznej

Starość… nigdy nie wiadomo jak się potoczy. Wrażenia Andrzeja Wasilewskiego z wizyty w Domu Pomocy Społecznej

Andrzej Wasilewski

Starość różne ma oblicza. Bywa żwawa, pogodna, w miarę zdrowa. Bywa też smutna, gorzka, chora, obezwładniająca dolegliwościami, usztywnieniami. Bywa wymuszająca zainteresowanie swoją osobą przez udawanie, domagająca się uważności ze strony bliskich poprzez zachowania pozornie złośliwe, poprzez bierne opory domagająca się łagodności od obcesowych opiekunów – i tak dalej. Bywa niekiedy obciążona zaburzeniami funkcji umysłowych, orientacji czy pamięci. Pełny obraz starości jest opisowo nie do ogarnięcia i niemal nigdy nie wiadomo wcześniej, jak potoczy się w danym, indywidualnym przypadku.

Bywa, że starymi rodzicami opiekują się ich dzieci, będące również w wieku senioralnym, także nie zawsze silne, zdrowe i w pełni sprawne. Czasem sędziwą babcią opiekuje się młodsze pokolenie obarczone mnogością własnych zadań życiowych: praca, dzieci, kredyty, remont mieszkania, narzekające, jak tu wyjechać na wakacje? A kto zajmie się babcią?
Bywa, że starszą osobą mieszkającą samotnie zajmuje się opiekunka z opieki społecznej. Posprząta, ugotuje obiad, zrobi zakupy i do widzenia. Jest po pracy. Pozostaje samotność, cisza, nudny telewizor i tapczan. Samotność i poczucie wręcz osamotnienia. Telefon o dwunastej w nocy do córki: przyjedź zrobić mi herbatę, wcale nie oznacza nieporadności ani złośliwości. Jest wołaniem o pomoc: przyjedź choć trochę pobyć ze mną, porozmawiać, nie śpię, bo już umieram z samotności.
Czasem więc umęczona rodzina zaczyna rozważać alternatywy pozwalające oddzielić nurty życia. Pada wreszcie nieśmiało przez kogoś postawione pytanie: a może dom opieki? No co ty? – wzbudza się oburzenie. Do „domu starców”? Nigdy. Wiesz, jak tam traktują ludzi, jakie tam jest życie? Nie możemy tego zrobić babci.
No właśnie. Jak tam jest? Kiedy byłem małym chłopcem, mówiło się „dom starców”. Kiedy byłem dorosły, jako urzędnik, załatwiałem jakąś sprawę z dyrektorką „domu starców”. Pozostało przygnębiające wspomnienie niemiło pachnących, niewietrzonych pomieszczeń, obskurnej świetlicy będącej zarazem jadalnią, poczucie brudu, snujących się smętnie staruszków i personelu traktującego tych ludzi bez najmniejszego szacunku. Brrr! Po czterdziestu latach jako dziennikarz znalazłem się w tym samym, ale jakże innym miejscu.

To samo, ale zupełnie inne miejsce

Ten Dom Pomocy Społecznej przeznaczony jest na stałe miejsce zamieszkania dla przewlekle somatycznie chorych na tyle ułomnych, że wymagają stałej opieki i pomocy, a rodzina nie jest w stanie im tej opieki z różnych względów zapewnić. O ich zakwalifikowaniu do DPS decyduje komisja, biorąc pod uwagę różne elementy zdrowotne i egzystencjalne zgłoszonej osoby. Sam budynek, wnętrza nijak nie przystają do dawniejszych skojarzeń. Czyściutko, niemal pachnąco, kolorowe ściany, przestronne okna. – Mamy 115 miejsc w pokojach jedno i dwuosobowych – informuje mnie dyrektor. O przydziale pokoi jednoosobowych, o jadłospisie i innych sprawach życia wewnętrznego społeczności decyduje rada mieszkańców. Pensjonariuszami zajmuje się 80 osób personelu – od sprzątających, przez kuchnię po terapeutów różnego rodzaju. Wystrój pokojów jest zróżnicowany. Każdy lokator ma prawo urządzić swoje mieszkanie, jak chce – może wstawić własne meble, udekorować ściany, korzystać z własnej pościeli, przecież jest to jego dożywotnie mieszkanie, mówi pani dyrektor. Ten pokój to jego dom. Może go sobie zamykać własnym kluczem. Ale są także pomieszczenia wspólnego użytkowania: jadalnia, szwalnia, gabinet lekarski, zabiegowy, fryzjerski, czytelnia, kawiarnia, mała pralnia czy aneksy kuchenne, w których każdy może sobie ugotować, co chce z własnych produktów, niezależnie od tego, co serwuje kuchnia. Nawiasem mówiąc, dostęp do produktów „przekąskowych” pensjonariusze mają całodobowy. Kucharki znają gusta wielu pensjonariuszy, przecież niektórzy mieszkają tutaj długie lata, są zaprzyjaźnieni ze sobą, ale i z personelem. Starają się więc kucharki, jeśli produkty jadłospisowe sprzyjają, robić przyjemności indywidualne lubianym pensjonariuszom np. jeden z lokatorów tak uwielbia makaron, że jadałby go na każdy posiłek, więc panie z kuchni gotują jemu ten makaron niezależnie od np. przewidzianych w jadłospisie ziemniaków. Inna starsza pani uwielbia kisiele. Proszę bardzo, dodatkowo indywidualnie, co kilka dni ma kisiel.

Szewc naprawia wszystkim buty

Podobnie jest z indywidualizacją prania. Nie ma tak, że wszystko idzie do jednego kotła. Każdy oddaje swoje rzeczy do prania w podpisanym worku i otrzymuje z powrotem dokładnie wszystko to samo, swoje. Mała pralnia natomiast służy do indywidualnego, doraźnego przeprania jakichś drobiazgów. Organizacja życia tutaj zbliżona jest do czegoś pośredniego między własnym mieszkaniem w bloku a internatem czy akademikiem. Można funkcjonować w większej grupie, a jak trzeba, można się wyizolować i samotnie przeżywać swoje nastroje. Po prostu pójść „do siebie” i już! – Żyjemy gromadnie, ale z dużą możliwością indywidualizacji – mówi pani dyrektor. – Dbamy o ich prawo do indywidualności, intymności jakichś tam sfer ich życia, do godności i szacunku – do wszystkich zwracamy się per „pan”, „pani”, chyba że ktoś wyraźnie zażyczy sobie, aby zwracać się po imieniu.
Rytm dnia nadaje czas posiłków, ale nie ma obowiązku jadania na stołówce, razem z innymi pensjonariuszami. Jeśli ktoś chce akurat zjeść posiłek sam, bez towarzystwa, ma prawo zabrać go do swego pokoju. Po śniadaniu są planowe zajęcia ruchowe, terapeutyczne, rehabilitacyjne. Po południu zajmują się własnymi sprawami, rozwijają swoje zainteresowania. Niektóre panie szydełkują, niektórzy panowie majsterkują, szewc zamieszkał tu z własnym warsztatem i z przyjemnością naprawia wszystkim buty, lubią pomagać personelowi np. mężczyźni przy rozładunkach dostaw. Mają swobodne wyjścia do miasta. Żyją sporami politycznymi, w pokojach mają radia i telewizory, otrzymują gazety, rozmawiają, dyskutują, pasjonują się meczami. Lubią rozmawiać między sobą. Często rozmawiają o własnej przeszłości. Niektórzy są szczęśliwi, że wydostali się z nieprzyjaznego kręgu rodzinnego, ale są i tacy, którzy często mają odwiedziny kogoś z rodziny i bardzo radośnie to przeżywają. Słowem, toczy się normalne życie, często bardziej urozmaicone niż było przed zamieszkaniem tutaj. Mają to, czego innym w starości często brakuje: są wśród ludzi. Mają z kim rozmawiać, zaprzyjaźniać się, dzielić się emocjami, wspomnieniami, przemyśleniami, radościami i smutkami, odczuwać barwy życia. A trudności wynikające ze stanu zdrowia, ułomności pomaga pokonywać personel opiekuńczy i terapeutyczny, który jest dzień w dzień do ich dyspozycji i zajmuje się nimi często lepiej niż zajmowała się rodzina. Tak mówią.

Wycieczki, kino, teatr

Ale życie mieszkańców Domu Pomocy Społecznej biegnie nie tylko wewnątrz ogrodzenia otaczającego obiekt. Pensjonariusze wyjeżdżają na wycieczki, do kina, do teatru, na ciekawe wydarzenia w okolicy, w karnawale robią zabawy taneczne wspólnie z zaprzyjaźnionymi, podobnymi placówkami. Pani dyrektor zamyśla co zrobić, żeby mieć tu własne kino, co dziennikarzowi wydaje się być pomysłem dyskusyjnym. Lubimy „wyjść z domu”, „wyjść do kina”, bo jest to urozmaiceniem: trzeba „uszykować się” – ubrać, przyczesać, pobuszować po szafie… jest to coś innego niż we własnym domu usiąść w fotelu, obejrzeć film i od razu do łazienki czy pod kołdrę. Nie daje to odświętności przeżycia. Droga z kina do domu, czas i przestrzeń pozwalają na dokończenie w skupieniu emocjonalnego przeżywania obejrzanego filmu, natomiast wiemy z doświadczeń własnego kina domowego, że nie dostarcza ono „tego czegoś”, psychicznego elementu ugruntowania refleksji i przeżyć. Z punktu widzenia organizacyjnego rozwiązanie takie miałoby jednak pewną rację.
Dobrze, dobrze – powie czytelnik – a ile ten luksus kosztuje? Warunki wyżej opisane rzeczywiście wydają się być w jakimś stopniu luksusem starości dla osób, które nie dość że są unieszczęśliwione zdrowotnie, to jeszcze nie mają z różnych powodów należytej opieki bytowej, towarzyskiej czy też wręcz pomocy w zaspokojeniu niezbędnych potrzeb, do których samodzielnie nie są zdolne. Otóż koszty utrzymania pensjonariusza w każdym państwowym DPS ustalane są odrębnie przez jednostkę nadrzędną. W odwiedzonym przeze mnie wynoszą 3 940 zł miesięcznie, w sąsiedniej miejscowości 3 760 zł, gdzie indziej jeszcze inaczej. Pensjonariusz oddaje 70% swojego dochodu, a jeżeli to nie wystarcza (przeważnie nie wystarcza), różnicę pokrywa rodzina albo urząd gminy. Nie wdajemy się tutaj w szczegóły, jest to bowiem tekst reporterski, a nie prospekt reklamowy.
Bywam w Norwegii, jednym z krajów, gdzie pomoc socjalna stoi na wysokim poziomie. Miałem okazję obejrzeć dom pomocy społecznej w mieście wielkości Bydgoszczy. Ciekawostką jest to, że Norwegowie, bardzo dbający o rekreację fizyczną, dłużej zachowują dobre zdrowie, nadto na emeryturę przechodzą z wyboru zazwyczaj po 70 roku życia (dla zachowania aktywności), toteż dolną granicą przyjęcia do DPS jest ukończone 80 lat. Młodsi na ogół nie mają potrzeb opiekuńczych. Poza tym, jeśli chodzi o warunki życia pensjonariuszy, to my, Polacy, nie mamy powodu do kompleksów. Pomijając szczegóły, są bardzo podobne. I to jest bardzo miłe, że już nie jesteśmy gorsi od innych w stwarzaniu warunków do godnego starzenia się osobom, które tych warunków w dotychczasowym miejscu nie miały. Tyle tylko, że państwowych domów pomocy społecznej jest stanowczo za mało w stosunku do potrzeb. Ale to byłoby już inną opowieścią.

Lubisz czytać felietony Andrzeja Wasilewskiego? Przeczytaj, co dziadkowie myślą o nauce swoich wnuków:

Wnuczek zdolny, ale leń. Felieton Andrzeja Wasilewskiego

Teleopieka dla seniorów z Poznania oraz gmin Stęszew, Suchy Las, Kórnik, Buk, Kleszczewo, Dopiewo, Kostrzyn

Kategorie
Udostępnij