Stefan Skąpski autor wierszy dla dzieci. Ciepłym kapciom mówię „nie”!

Stefan Skąpski autor wierszy dla dzieci. Ciepłym kapciom mówię „nie”!

Ostatni prezydent Wrocławia w czasach PRL-u, w latach 1986–1990. Niegdyś polityk, dziś – autor wierszy dla dzieci. O inspiracjach, twórczej pracy, roli, jaką pełni przyroda w poezji i codzienności, ale także o emeryturze i po prostu życiu opowiada w rozmowie z Lindą Matus.

Stefan Skąpski

Linda Matus: To dość niespotykane, aby człowiek ze świata urzędów i biznesu przeszedł na drugą stronę – w świat poezji, przyrody. Jak do tego doszło?

Stefan Skąpski: Mnie się wydaje, że to się wiąże z moją aktywnością w ogóle. Ona ma i teraz rozmaite przejawy, kiedy już skończyłem osiemdziesiątkę. Zawsze byłem otoczony w życiu zawodowym rzeczami niesłychanie konkretnymi, które najczęściej dotyczyły życia gospodarczego. Gdy później założyłem firmę handlową, której prezesowałem, to znowu tkwiłem głęboko w krainie spraw związanych z gospodarką. Bilanse, planowanie i praca organizacyjna, taka, która pozwoli firmie wyjść na swoje. Ale wśród upodobań zawsze przechowywałem zamiłowanie do przyrody i do wiersza. Rozczytywałem się we wszelakiej poezji. Nawet już w wieku przedemerytalnym nauczyłem się na pamięć ogromnych fragmentów „Pana Tadeusza”, gdzie tak pięknie nasz wieszcz opisuje litewską przyrodę. Porywały mnie także wiersze, który niosły ze sobą duże emocje. W związku z tym interesowałem też się poezją patriotyczną. Ekscytowałem się wierszem „Maraton”, jak mówią niektórzy krytycy – poety jednego wiersza Kornela Ujejskiego, który to wiersz aż ociekał tym patriotyzmem. Lubiłem też niektóre wiersze Broniewskiego oraz wszystko to, co dotyczyło świata przyrody i uznanych poetów.
Zbiegły się dwa zainteresowania: przyroda i wiersz dla dzieci, i dla nich właśnie piszę.
Wcześniej nie miałem czasu, aby dać wyraz tym moim upodobaniom. Byłem pochłonięty pracą bez reszty, nawet w moim otoczeniu mówiono, że jestem pracusiem, ale ja takiego zdania o sobie nie mam. Choć byłem takim szefem, który chciał możliwie dużo wiedzieć o tym, czym się zajmuje i zawsze wiedzieć, co podpisuje. Kiedyś mój dalszy znajomy, który również miał kawałek ważnej funkcji, podśmiewał się, że on uprawia takie szefowanie, że podwładni mu pokazują, w którym miejscu ma się podpisać.

L.M.: I wiersze były odskocznią.
S.S.: Tak, odskocznią. W wieku przedemerytalnym zamieszkałem w cichej wsi pod lasem, zimą podchodziły sarenki, aby skubnąć trochę zieleni z ogrodu. Było to również środowisko ludzi życzliwych. Miałem klimat, w którym się chętnie i dobrze pisało.

L.M.: Szybko się Pan odnalazł w tak innym, spokojnym miejscu?
S.S.: Bardzo szybko. Lubię zmiany co jakiś czas. Ale muszę przyznać, że trochę mnie do tego pisania zachęcono. Osoba z tego właśnie środowiska, po dość przypadkowym przeczytaniu paru moich wierszy z szuflady, namówiła mnie, aby to wydrukować. I tak to się zaczęło.
Później starałem się tak pisać, żeby nie ulegać skażeniu tym, co ktoś napisał. Dlatego przez długi czas nie sięgałem do żadnych wybitnych utworów. Nie muszę chyba mówić, że byłem zauroczony „Pchłą szachrajką”, która jest genialna.

W świecie przyrody
 
L.M.: Przyroda jest tu bardzo ważna.
S.S.: Z tym barwnym światem przyrody miałem do czynienia w dzieciństwie, zapamiętane obrazy odzywały się w moich wierszach. Dlatego też wiele miejsc, do których nawiązuję, istnieje naprawdę.
Starałem się tak pisać, aby te bajkowe opowieści i przygody były okazją do poznania przez młodego czytelnika jakiejś przyrodniczej rzeczywistości i miały też pewną wartość wychowawczą. Starałem się to przemycić tak, aby to nie było natrętne mędrkowanie. Gdy jakaś przygoda niekoniecznie dobrze się zaczynała, to chciałem, żeby choć dobrze się kończyła.
 
L.M.: W drugim tomiku zmienił Pan trochę optykę.
S.S.: Zmieniłem i najbardziej wahałem się, czy zamieścić tam wiersz „Lechistan”, trochę klimatem odległy od pozostałych wierszy. Doszedłem jednak do wniosku, że wszystko, co się dzieje między ludźmi, dobrego i złego, jest charakterystyczne dla tych czasów, ale przemija. Warto napisać czasem, co na sercu leży. Gdy trafi na półki, to zostanie na dłużej.

L.M.: A co jest niewyczerpanym źródłem inspiracji?
S.S.: Uważnie śledzę, co się dzieje w sferze społecznej. Trzymam się daleko od polityki i aktywnie w niej nie uczestniczę. Ale przecież ona swoimi skutkami dosięga zwykłych ludzi. Zwracam więc uwagę na jej przywary i przy pomocy subtelnych aluzji wyśmiewam jej niegodziwości, ale winnych nie pokazuję palcem.
 
Ilustracje

L.M.: Autorką wyjątkowej urody ilustracji jest Hanna Skąpska, wnuczka. Połączyli Państwo siły rodzinnie. Od kogo wyszła inicjatywa, od Pana czy od wnuczki?
S.S.: Ode mnie. Trochę namówiłem moją Hanię do tego. Zawsze była i do dziś jest niesamowicie zajęta. Studiowała równolegle na dwóch uczelniach, Politechnice i Akademii Sztuk Pięknych, a dziś jako świeżo upieczony inżynier architekt studiuje na akademii w Paryżu, gdzie otrzymała niewielkie stypendium. Nakłonienie jej do robienia tych ilustracji nie było takie proste. Chęci były, ale czasu mało.

niezwykle-przygody-za-swiata-przyrodyL.M.: Te ilustracje przykuwają uwagę. A trzeba przyznać, że dziś bez dobrej grafiki trudno przyciągnąć wzrok czytelnika do książki. 
S.S.: Mówiąc szczerze, tych obrazków mogłoby być więcej, ale dosłownie zabrakło nam czasu.

L.M.: To piękny przykład rodzinnej współpracy międzypokoleniowej
S.S.: Ale i pełnej samodzielności. Moich sugestii typu co dana ilustracja powinna przestawiać, prawie tu nie ma. Niewiele dawałem uwag, bo chciałem uszanować swobodę twórczą wnuczki.
Gdy chodzi o moje pisanie, to również całkowicie samodzielnie sobie radzę. Mam dość dobrą pamięć i wiem, gdzie jakieś słowo zostało podpowiedziane lub zmienione na wniosek syna czy wnuczki. To daje satysfakcje, że spinamy trzy pokolenia.
 
Doskonała forma

L.M.: Trzeba przyznać, że jest Pan w doskonałej kondycji fizycznej i umysłowej. Czy pisanie pomaga?
S.S.: Pomaga zdecydowanie. Trzeba wierzyć w swoje siły i warto gimnastykować umysł. Jeśli organizm niedomaga, to pokonywać te bariery. W miarę możliwości czytać, ale także bywać wśród ludzi. Muszę powiedzieć, że jeśli zdarzy mi się taki cichy dzień, że za oknem markotna pogoda, a nade mną nie wisi nic, co może być nawet jakimś obowiązkiem, to jestem wewnętrznie smutny, czegoś mi brak. Zresztą musiałem w życiu pokonywać różne bariery i trzeba przyznać, że tam, gdzie było to możliwe, unikałem lekarzy jak ognia.

L.M.: Ale tej ostatniej rady nie polecamy naszym czytelnikom. Czyli ciepłe kapcie to nie jest rozwiązanie na emeryturę?
S.S.: Absolutnie, zdecydowanie nie. Nie ma gorszej rzeczy, jak się człowiekowi wyda, że jest zupełnie niepotrzebny. A emerytowi może się to łatwo przydarzyć. Jeśli ktoś całe życie coś robił i nagle to się urywa, i nie ma nic – to może być niedobre w skutkach dla psychiki. Dlatego wszystkich moich rówieśników, tych starszych i tych trochę młodszych, zachęcam do aktywności.
Aktywność oczywiście ma swoje dobre i złe strony, dobre i złe emocje. Utrzymuje czasem stan niepokoju, nawet takiego delikatnego stresu, ale jak się ktoś omota w ten kokon bezczynności i niczego nie musi, niczym nie ryzykuje, to więdnie i gorzknieje.
Lubię stan pewnego napięcia i pośpiechu. Wcześniej czasem nawet przeceniałem swoje siły… potrafiłem zasiąść przy pracy z dzbankiem kawy i tak do drugiej w nocy albo dłużej, a później w pośpiechu biec na ósmą do pracy.
 
L.M.: Te najciekawsze, w moim przekonaniu, wiersze, pięknie wykonane i skierowane do dzieci mają drugie dno, które bardzo trafnie komentuje otaczającą nas rzeczywistość. Jak to się stało, że wpisał się Pan w ten trend?
S.S.: Bardzo naturalnie, mnie się wydawało, że wiersz, żeby był interesujący, musi mieć jakąś dynamikę i dramaturgię. W moich wierszach króluje więc świat zwierząt pełen przygód i niespodzianek. Jest w nim i dobro, i zło jak wśród ludzi. Próbuję o tym opowiadać.

L.M.: Spotkania z dziećmi, czyli czytelnikami. To są trudne czy łatwe spotkania?
S.S.: Trudniejsze dla mnie, bo oddaliłem się od tego wieku. Nie mam w rodzinie takich małolatów.
Ale cieszę się, gdy dzieci pękają ze śmiechu, gdy słuchają niektórych bajek np. „Wesołego miasteczka” albo przygód ze sroką kłamczuchą, która opowiada, że obok jej lasu i małego pola z chmur zamiast deszczu pada coca-cola.
 
Człowiek i poeta

L.M.: Czy ma Pan swój ulubiony wiersz, czy to w ogóle jest możliwe?
S.S.: Tak, jeden – „Strachy i dziwadła”, choć nie wiem, czy mój wybór może się komuś spodobać. Ja go najbardziej lubię, bo w moich wierszach nie ma grozy, przeważa łagodność, a w tym wierszu chciałem wprowadzić trochę dreszczyku, co może nie końca się udało. Wiersz nawiązuje do wspomnień z dzieciństwa, kiedy to do naszego domu na wsi przychodziły sędziwe sąsiadki na długie zimowe wieczory, aby pogawędzić o czasach, które już dawno minęły. Ja tego słuchałem z wypiekami na twarzy, bo roiło się tam od niedobrych wilków oraz strachów i dziwadeł, które podchodziły do domostw i zagród. Ale później wszystko kończyło się dobrze. Jak w moich bajkach.
 
L.M.: Za każdym utworem stoi konkretne zdarzenie, więc można Pana lepiej poznać dzięki wierszom.
S.S.: Zawsze jest w nich jakiś fragment rzeczywistości, jakieś skojarzenie. Na przykład wiersz „Psia dola” wiąże się z autentycznym wydarzeniem i porzuconym pieskiem, który później z nami żył i szalał w domu.

L.M.: Czy może Pan coś zdradzić na temat trzeciego tomiku wierszy, który niedługo ujrzy światło dzienne?
S.S.: Będzie bardzo różnorodny. Będą opowieści ze świata przyrody, ale także wiersze o ludzkich przywarach, zakończone najczęściej jakimś polskim przysłowiem lub porzekadłem z odpowiednim morałem. I będzie dotykał bardziej współczesności.
Porwałem się także na napisanie poważnego wiersza o Wrocławiu, który będzie swego rodzaju podróżą przez jego dzieje. Gdy przyjechałem w 1954 roku, miast tętniło już życiem, ale kopce gruzu ciągnęły się wzdłuż wielu ulic, pokazywały, jak wiele jest tu do zrobienia.
Wrocław i tak pięknie się rozwija, idzie w dobrym kierunku. Ale warunki też są inne. Kiedyś nikt nam żadnych pieniędzy nie dawał, a dziś co chwilę widzimy tabliczki informujące o wsparciu środkami Unii Europejskiej.

L.M.: Dla naszych czytelników jest Pan przykładem późnego, ale bardzo profesjonalnego debiutu. Czy miałby Pan jakieś wskazówki dla piszących seniorów?
S.S.: Próbować absolutnie warto. Z tym zastrzeżeniem, że to wymaga odwagi i zdrowia. A wiek późny i zdrowie nie zawsze idą w parze. Ja nie żałuję.

L.M.: Umawialiśmy się na rozmowę o poezji, a wyszła nam rozmowa o życiu, niełatwym…
S.S.: W moim wieku mam już chyba prawo do jakiegoś podsumowania. Powiem więc najkrócej, że miałem życie ciekawe i chyba udane, chociaż nie brakowało kłopotów, trosk i zwątpień. Choć nikt mnie nie popychał do góry, to spotykałem na swojej drodze ludzi mądrych i życzliwych.
Gdy przyjechałem do Wrocławia z niewielkiego powiatu kępińskiego, zostałem oszołomiony ogromem miasta oraz niezwykłą aktywnością jego ludzi. Wiele się od nich nauczyłem i będę ich zawsze wspominał z wdzięcznością i szacunkiem.

Łabędź i orzeł

Nowszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany