„Piszemy” KURS PISANIA dla seniorów z Kasią Bulicz-Kasprzak. Odcinek 2

„Piszemy” KURS PISANIA dla seniorów z Kasią Bulicz-Kasprzak. Odcinek 2

Listopad czyli listy z przeszłości. 

Za oknem widzę skrawek pięknie błękitnego nieba. Gdyby nie konary dębów, na których wiszą ostatnie, brązowe liście, trudno by było orzec, jaka to pora roku. Te dębowe gałęzie są dla mnie wyznacznikiem czasu, który wolno, dzień za dniem, pora roku za porą roku, płynie wokół mnie. Pomagają wrócić do miejsca, w którym rzeczywiście tkwię, z najrozmaitszych momentów, o których piszę. Gdy myślałam o tym, co chciałam napisać, w głowie brzmiało to tak mądrze i ładnie, ale gdy teraz patrzę na ten akapit, dostrzegam w nim… krótko mówiąc, to nie jest dobry akapit. Zostawię go jednak. Dlaczego? Dlatego, że mimowolnie zdołałam w nim poruszyć kilka spraw, które staną się tematem naszych dzisiejszych przemyśleń pisarskich.

Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Pierwsza sprawa to taka, że myśli w głowie na ogół brzmią bardzo dobrze, a gdy je zapiszemy, brzmią dużo gorzej. Z tego powodu wiele osób zniechęca się do pisania. Często słyszę „Mój pomysł wydawał się taki wspaniały, ale gdy zaczęłam pisać, okazał się do niczego” albo „Co jest z tymi zdaniami? Dlaczego ktoś miałby to czytać, skoro ja sama nie potrafię już zrozumieć, o co mi chodziło”. Jedyna odpowiedź, jaką mam na takie pytania, brzmi „Jan Matejko nie zaczął swojej twórczości od namalowania Bitwy pod Grunwaldem”. Potem zwykłam dodawać cytat z Patrika Süskinda: „W każdym rzemiośle talent jest niczym, a wszystkim doświadczenie, które zdobywa się pracą”. Oznacza to, że jeśli chcemy, by nasze myśli były jak najbliżej tego, jak brzmią w głowach, nie ma innego sposobu, jak pisać, pisać i pisać.

Druga kwestia to ocena własnego tekstu. „Ten akapit” nie jest dobry. Mnie się nie podoba, chcę go zmienić. Już natychmiast. A co jeśli nie mogę? Nie potrafię? Może poprawiałam, a wcale nie było lepiej, tylko gorzej, jeszcze gorzej. To trochę tak, jak z rysunkiem. Jakaś linia wyszła krzywo, trzeba to wymazać, zostaje ślad po ołówku, gumka zostawia szary maziaj, uświadamiamy sobie, że było nieźle, teraz jest fatalnie, bo tak nieestetycznie, ale powrotu już nie ma, to nas zasmuca, mniemy obrazek, zaczynamy od nowa, ale wspomnienie porażki w nas zostało. Czujemy się tak, jakby w naszej głowie siedział krasnal, który zirytowanym głosem powtarza „Tylko tym razem, żeby było dobrze, tylko tym razem niech ci się uda”. Presja nie jest naszym przyjacielem. Wiadomo, że w takiej sytuacji się nie uda. Kosz się wypełnia, porażki potęgują zniechęcenie. Nie chcemy już rysować, pisać, haftować. Znamy to? Jeśli tak, to jedyne, co można na to powiedzieć to: „Jan Matejko nie rozpoczął swojej twórczości od namalowania Bitwy pod Grunwaldem”. Bez względu na to, za co się zabieramy, dajmy sobie czas na naukę, pamiętając przy tym, że nie jest ona niczym innym, jak ciągiem popełnianych błędów i szukaniem sposobów na to, by uniknąć ich w przyszłości.

Trzecia kwestia to miejsce. Poprzednio pisałam o widoku za oknem i teraz też to robię. Przez wiele lat moje miejsca pracy były zupełnie przypadkowe, a ja ignorowałam słowa Virginii Wolf o własnym pokoju zamykanym na klucz. Zanim zrozumiałam, że nie musi chodzić o pokój w dosłownym znaczeniu, rozkładałam kartki, notatniki i laptop tam, gdzie akurat było miejsce. Na początku przygody z pisaniem miałam tak wiele entuzjazmu, że owo ciągłe składanie i rozkładanie warsztatu wcale mi nie przeszkadzało. W końcu jednak zaczęłam być tym zmęczona. Dlatego początkującym radzę, by od razu zorganizowali sobie przestrzeń do pisania. Przyznam szczerze, że gdy myślę o owej przestrzeni, widzę wielkie biurko z wieloma szufladami. Sama nie mam takiego i zdaję sobie sprawę, że wielu z Was również. Co więcej, nie mam na nie miejsca. Pokój, w którym pracuję, zastawiony jest regałami z książkami i doniczkami z roślinami, a gdybym wstawiła tu wielki mebel, to pewnie musiałabym przeciskać się między nim a ścianą. Mam niewielkie biurko z lat siedemdziesiątych, takie pół metra na metr. Okazuje się, że to zupełnie wystarcza, jeśli trzymam na nim porządek.

Tak naprawdę, nie chodzi o wielkość biurka, ani nawet o to, czy ono jest. Chodzi o przestrzeń, którą uczynimy swoim miejscem pisarskim, naszym mentalnym pokojem zamykanym na klucz. Przecież może to być fotel, w którym siądziemy, z podkładką na kolanach, stolik, na którym dotychczas stał kwiatek, a od teraz będą tam stały leżały nasze pisarskie atrybuty. Ważne, żeby było to miejsce, które z niczym innym nie będzie nam się kojarzyło. Nie może to być fotel, w którym raz oglądamy telewizję, a innym razem rozwiązujemy krzyżówkę. Musi być to fotel, w którym siedząc, wyłącznie piszemy. Dlaczego? Do jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do innych rzeczy robionych w tym miejscu, to nigdy nie uda nam się zamknąć drzwi na klucz. A pisanie wymaga skupienia.

Napisałam atrybuty. Lubię to słowo, ma w sobie coś magicznego, a pisanie to jest magia, nawet wtedy, gdy piszemy o rzeczach zupełnie zwykłych. Bo choćby to, że choć piszę to „dziś”, i wy też „dziś” to przeczytacie. To będą zupełnie inne dni. Wiele, zupełnie innych dni, bo pisanie to zawsze są listy z przeszłości. Wróćmy jednak do atrybutów. Po pierwsze potrzebny nam jest notatnik. Ładny i duży, bo w dużych wygodniej się pisze. Może to być zwykły zeszyt, albo jeden z tych w twardych oprawach, albo kołonotatnik. Koniecznie podpisany. Jeśli ktoś lubi, można w nim coś narysować, albo wkleić, tak, byśmy poczuli więź, by różnił się od setki innych notatników. Potrzebny będzie nam też mały notatniczek, taki, który z łatwością zmieści się do kieszeni, albo do torebki. Po co? By na spacerze, w kolejce, albo tramwaju zapisać myśl, która przyjdzie nam do głowy. Pamięć ludzka jest zawodna, to co zapisane zostaje. Ostatnim z atrybutów jest pióro. Może być długopis, albo ołówek. Ja najchętniej piszę ołówkiem.

Gdy mamy już wyznaczone miejsce, a w nim nasze piękne atrybuty pisarskie (grudzień to miesiąc obdarowywania, zaszalejmy) możemy siadać do pisania. O czym i jak się do tego zabrać, napiszę w kolejnym felietonie. A na koniec zagadka: jak myślicie, drodzy Czytelnicy, czy ten pierwszy akapit naprawdę mi nie wyszedł?

Zachęcamy do pisania z Kasią Bulicz-Kasprzak i już dziś zapraszamy na kolejny odcinek cyklu, który ukazuje się także w drukowanym wydaniu „Gazety Senior”.

Może Cię zainteresować:

Jesień – czyli na pisanie nigdy nie jest za późno. Kurs pisania z Kasią Bulicz-Kasprzak (Odcinek 1)

Kasia Bulicz-Kasprzak
Kategorie
Udostępnij