Z Borysławia przez Nową Rudę do Paryża. Niezwykła historia seniorek

Z Borysławia przez Nową Rudę do Paryża. Niezwykła historia seniorek

„Ja mam dużo nagród z naszej szkoły i trochę mi żal z niej odchodzić, bo ją lubię, ale bardzo chcę pójść do Liceum we Wrocławiu, bo muzyka bardzo mnie pociąga. A poza tym w Nowej Rudzie nie mam dużo życzliwych koleżanek poza jedną bardzo dobrą i mądrą dziewczynką, Krysią. Często do siebie chodzimy, jej dom jest bardzo ładny z ciepłą atmosferą. Jej mamusia jest dla mnie niezwykle serdeczna”.

Tak w liście do swojej siostry Miny pisała w 1957 roku moja szkolna koleżanka Dzidka – osoba trzech imion i trzech nazwisk, jak się za chwilę przekonacie. Tą Krysią byłam ja. Ona była ode mnie lepsza „z polskiego”, ja „z matematyki”. Tak mówiła o nas nasza wychowawczyni, pani Bernatowa.

Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Dzidka kontynuowała naukę w Liceum Muzycznym we Wrocławiu, ja w Liceum w Nowej Rudzie. Potem ona studiowała muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim, ja matematykę we Wrocławiu. Spotykałyśmy się w Nowej Rudzie w czasie ferii. Nasza przyjaźń trwa już prawie 70 lat. Gdy rozpoczęłam studia we Wrocławiu, Dzidka była tam w piątej klasie Liceum Muzycznego. Odwiedzałam ją w akademiku. To był inny świat niż ten mój matematyczny. Dzidka grała na pianinie.

Listy do Miny

Cytowany powyżej fragment pochodzi z jednego z wielu listów, które w latach 1946-1973 Mina dostała w Izraelu. Wszystkie szczęśliwie przechowała. Zbiór tych listów właśnie się ukazał w wydawnictwie Austeria: Lili Fuchsberg, „Listy do mojej siostry”.

Lili Fuchsberg to pierwsze imię i rodowe nazwisko Dzidki, uratowanej w Borysławiu przez Polaków Helenę i Władysława Grzegorczyków, którzy stali się jej przybranymi rodzicami. Stąd bierze się jej drugie imię i nazwisko: Zdzisława Grzegorczyk, które po ślubie z Francuzem Jean-Fredem Ravet zamieniła na: Catherine Ravet. Mimo tych zmian ona dla mnie niezmiennie jest „Dzidką”.

Historia dwóch sióstr, Miny i Dzidki, jest poruszająca. Po wojnie Mina wyjechała do Izraela, a trzyletnia Dzidka została w Polsce. Po dziesięciu latach rozłąki zobaczyły się na chwilę na Międzynarodowym Festiwalu  Młodzieżowym w Warszawie w roku 1955, drugi raz w roku 1962, gdy Dzidka była już dwudziestoletnią studentką. Brak kontaktu z siostrą to jedna z wielu traum, których los nie szczędził Dzidce.

Helena i Władysław Grzegorczykowie

Prawdziwi, żydowscy rodzice Dzidki: Estera i Abraham Fuchsbergowie przekazali ją polskiej rodzinie Helenie i Władysławowi Grzegorczykom, gdy miała 6 tygodni – po to, by uratować jej życie. Sami zostali zamordowani przez niemieckich nazistów. Przybrani rodzice za przechowanie 18 osób pochodzenia żydowskiego zostali uhonorowani w Jerozolimie w 1965 roku medalem Yad Vashem i w 2008 roku w Warszawie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Są w albumie „Polacy ratujący Żydów w czasie Zagłady. Przywrócenie pamięci” wydanym z tej okazji na zlecenie Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Mam ten album.

Helenę i Władysława Grzegorczyków znałam dobrze, bo często i chętnie bywałam u nich. Kochali Dzidkę bardzo – pieszczotliwie nazywali ją Dzidzią. Dbali o jej wykształcenie. Mama Helena parzyła pomidory i dla Dzidzi ściągała z nich skórkę, co mnie wtedy bardzo dziwiło. Teraz sama tak robię. Do tej pory przechowuję beżową chustę, zrobioną przez Mamę Dzidki z grubej włóczki na szydełku. Dostałam ją na pamiątkę od Dzidki, gdy jej Mama zmarła w roku 1985. Tato w roku 1981.

Kolonie w Karpaczu i pamiętniki

Do Nowej Rudy przyjechałam w styczniu 1954 roku. Była ostra zima, spadło dużo śniegu. Trafiłam do czwartej klasy, do której chodziła też Dzidka. Moja droga do szkoły prowadziła obok domu, w którym ona mieszkała. Być może to było powodem, że od razu zaprzyjaźniłyśmy się. Dzidka wspomina, że pomagałam jej czasami w matematyce i dlatego zajęła trzecie miejsce na zawodach okręgowych z matematyki. Jej Mama z dumą napisała o tym do Miny. Był to rok szkolny 1956/57.

Po czwartej klasie jako jedyne uczennice z Nowej Rudy pojechałyśmy na kolonie w Orlinku w Karpaczu. Fantastyczne miejsce. Kolonie były zorganizowane dla polskich dzieci z Francji i Belgii oraz z Polski. Byłyśmy też na koloniach w Jugowie pod Nową Rudą. Wolny czas po szkole spędzałyśmy na górce niedaleko naszych domów. Chodziłyśmy tamtędy do lasu. Chyba byłyśmy nierozłączne. Nawet na grupowym zdjęciu ze szkolnego balu maskowego stoimy obok siebie.

W 1955 roku Dzidka wpisała do mojego pamiętnika wierszyk i podpisała się: „koleżanka z klasy V Zdzicha Grzegorczyk”. Cztery lata później w innym pamiętniku napisała: „Krysiu! Nie wszystko mów, co wiesz, lecz zawsze wiedz, co mówisz! Kochanej Kikuni Dzidka”. Tą Kikunią jestem dla Niej do tej pory, ona dla mnie Dzidką.

Paryż

Dzidka mieszka w Paryżu od roku 1969. Jednym z powodów jej decyzji o wyjeździe z Polski na stałe były niewątpliwie wydarzenia marcowe w roku 1968 – jej mąż Jean-Fred był skłonny zamieszkać z nią w Polsce. Mówił jej, że jest drugą Polką w rodzinie. Dzidka dowiedziała się, kim była pierwsza Polka, dopiero wtedy, gdy na ścianach pewnego domu pod Paryżem zobaczyła dużo zdjęć Marii Curie-Skłodowskiej. Dom był kupiony za nagrodę Nobla przez Irenę, córkę Marii Curie-Skłodowskiej, i jej męża Fryderyka Joliot. Tą pierwszą Polką w rodzinie Jean-Freda była właśnie Irena, drugą Dzidka. W spadku Dzidka i Jean-Fred dostali piękny mebel: bibliotekę  Marii Curie-Skłodowskiej.

Nie znałam tej historii, gdy pierwszy raz pojechałam do Dzidki w roku 1981. Trzytygodniowy pobyt w Paryżu był moim pierwszym kontaktem z „zachodem”. Wszystko mnie dziwiło. Pamiętam, jak siedziałyśmy w parku. Dzidka tłumaczyła mi m.in., jak we Francji działa służba zdrowia. Kto w Polsce mógł wtedy pomyśleć, że trzeba najpierw zapłacić za leki w aptece lub wizytę u lekarza, a potem starać się o zwrot części kosztów w „kasie chorych”.

Od Dzidki dostałam przewodnik „Polak zwiedza Paryż” nagrodzony medalem brązowym miasta Paryża. To dla mnie sentymentalna pamiątka. Aż trudno uwierzyć, ile ciekawych miejsc w Paryżu zobaczyłam dzięki Dzidce i niemu.

Dzieje rodziny

Losy Dzidki i jej rodziny były trudne i okrutne. Książka „Listy do mojej siostry” pokazuje nie tylko historię pewnej rodziny, ale też obraz tamtej epoki. Jej opublikowanie jest wyrazem miłości i wdzięczności Dzidki dla swoich polskich rodziców Heleny i Władysława Grzegorczyków.

Mój szkolny kolega Andrzej Sługocki po przeczytaniu książki napisał mi: „Tę  książkę należy zalecić jako lekturę obowiązkową uczniom szkół średnich Izraela i Polski. (…) W listach przebija autentyczna niemoc szarego człowieka w zderzeniu z systemem, a jednocześnie brak  agresji. Daje  się odczuć, mimo tych niedogodności, miłość do Polski”.

Marian Turski w słowie wstępnym do książki napisał: „Kiedy dostałem te listy do ręki, nie mogłem się od nich oderwać. Aż do świtu czytałem je ze ściśniętym gardłem. (…) Te listy, szczęśliwie zachowane, opowiadają dzieje niemowlęcia uratowanego przez prawych Polaków, dojrzewanie tej dziewczynki i jej świadomości i jej tożsamości. Polka, katoliczka, Żydówka? I dylemat: komu należy się to ocalone dziecko? (…) To najlepsza z powieści, jakie ostatnio czytałem, to najsilniejszy z dramatów, jakie ostatnio widziałem”.

Historia życia Dzidki wzbogaca moje życie i wpływa na moją hierarchię wartości. I kto by pomyślał, że przyjeżdżając do Nowej Rudy, spotkam przyjaźń na całe życie.

LISTY DO MOJEJ SIOSTRY 1946–1973. Książka

Zdzisława, Katarzyna Grzegorczyk-Ravet, urodzona jako Lili Fuchsberg w Borysławiu w 1942 r. Mieszka w Paryżu od 1969 r.
Ukończyła Liceum Muzyczne we Wrocławiu oraz Studia z Muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim (magister) i specjalizacja z muzyki francuskiej na Sorbonie w Paryżu.
Po przyjeździe do Paryża pracowała kilka lat w Domu Kultury w Sceaux (Ministerstwo Kultury), organizując ze stacją radiową France Musique koncerty i wywiady głównie o polskiej muzyce oraz polskich kompozytorach i wykonawcach. Produkowała serie audycji muzycznych w France Musique oraz audycje muzyczne w telewizji France II, promując muzykę polską.
Przez 25 lat była wykładowcą na Wydziale Muzykologii na Uniwersytecie Sorbonne IV.
Od przejścia na emeryturę pracuje w Paryżu jako wolontariusz w szpitalach dla dzieci, kształtując specjalistów z muzykoterapii.

Książkę można zamówić bez wychodzenia z domu na stronie internetowej wydawnictwa Austeria TUTAJ.

Polecamy także felietony Krystyny Ziętak: 

Dlaczego kobiety nie wymyśliły żarówki? Felieton Krystyny Ziętak

Podarować swoje życie jak bukiet polnych kwiatów. Wyjątkowe kobiety. Felieton

Ołówek i kartka papieru. Matematyk prof. Witold Roter we wspomnieniach Krystyny Ziętak

 

Kategorie
Udostępnij