Renowacja klimatów życia. Andrzej Wasilewski radzi, jak celebrować życie w izolacji

Renowacja klimatów życia. Andrzej Wasilewski radzi, jak celebrować życie w izolacji

Andrzej Wasilewski

Siedzimy tak sobie w izolacji społecznej i wcale nie jest nam z tym dobrze. Potrzebujemy ludzi, rozmów, wymiany myśli, żartów, śmiechu, nowych informacji – wszystkiego co pozwala czuć się członkiem jakiejś aktywnej społeczności. Jakiegoś kręgu szerszego niż dwa pokoje z kuchnią i łazienką.

Telewizja stała się nudna. Rozmowy telefoniczne, rzecz miła, ale z braku zmieniających się okoliczności zdarzeń i zachowań we wspólnych relacjach stają się coraz bardziej jałowe, powierzchowne, bo życie nie przynosi nowych okoliczności. Nie da się pogadać z przypadkowymi ludźmi w kolejce do lekarza, bo kolejek nie ma. Lekarza też. Nasze zatroskane dzieci telefonują codziennie, napominając, żebyśmy nie wychodzili z domu. Co ci kupić, mamo? Macie ziemniaki? Co jeszcze potrzebujesz, ale nigdzie nie wychodź. A my właśnie chcemy wyjść po ten chleb, makaron czy pasztetową, żeby zobaczyć ludzi z bliska. Zobaczyć normalność. Ci, którzy mieszkają w domkach, mają lepiej. Wyjdą do ogródka, tu zagrabią, tam wytną, tu przekopią… A ci w blokach? Kilka kroków w tę – kilka kroków w tamtą stronę. Pokój, kuchnia, łazienka i na odwrót. Tyle świata, co pokaże ekran w telewizorze. Rzeczywiście, oszaleć można.
Większość osób pozostawiona sama sobie na ograniczonej przestrzeni, nie potrafi i nie chce obcować wyłącznie ze swoimi myślami z różnych powodów. Potrzebuje mówić, a nie – myśleć. Ale nie ma do kogo mówić, nie ma z kim się posprzeczać, nie ma kogo wysłuchać. Samotni. Część seniorów jeszcze ma to szczęście, że mieszkają we dwoje. Ale bycie wyłącznie we dwoje przez całe życie, a teraz jeszcze w izolacji jednym jawi się jako szczęście, innym niekoniecznie. Z braku przewietrzania atmosfery narasta obustronnie frustracja. Odżywają w wyobraźni emocjonalnej dawne urazy, obrazy, nieomówione żale, zadawnione pretensje, tłumione latami urazy. Często bezzasadne, często pokryte już kurzem przeszłości, ale nie przewentylowane omówieniem, a ropiejące latami gdzieś tam w głębi duszy. Wracają aluzje, przytyki, złośliwe żarty, niby żartobliwe, ale jednak – epitety, co nie zawsze przeradza się w awanturę, ale jest przyjmowane „dla świętego spokoju”, choć z poczuciem upokorzenia, niepostrzeżenie wpisując się w powszedni pejzaż domowego życia. Stają się gorzką normalnością niekorygowaną przez nikogo, wszak innych domowników już od lat nie ma.

 Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

„Bo ty zawsze…”

Najczęściej drażnią obie strony, jeżeli już tak bywa, „zadziory odmienności”. Mężczyznę drażni „płytkie paplanie”. Ale cóż, taki to ustrój przyrodniczy, że jej energia cyrkuluje przez werbalizację drobnostek. Ona po prostu musi omówić, co widzi, co słyszy, co myśli, co czuje, czego się spodziewa, czego się obawia, co dzieje się u najbliższych i dlaczego, czym martwią się znajomi, czy kolega męża wyleczył już psa, a na jaki kolor ufarbowała włosy żona tego kolegi, bo przecież była u fryzjera itd. Mężczyznę wprowadza w osłupienie, ile jakich drobiazgów kobieta wie i pamięta, rzeczy według niego absolutnie nieistotnych, a dla niej będących ścieżkami tematycznymi wielogodzinnych rozmów. Kobietę irytuje jego milczenie, zasadniczość – jeśli już się odezwie. Bo on, jeżeli się odzywa, to po to, żeby zasygnalizować problem wymagający rozwiązania albo przedstawić rozwiązanie istniejącego problemu lub po prostu podjąć decyzję. Irytuje ją, że kiedy jest trudna, stresująca sytuacja, którą ona potrzebuje natychmiast omówić, on oświadcza, że z pustego gadania nic nie wynika i zamyka się w sobie, żeby odezwać się dopiero wówczas, kiedy znajdzie realne wyjście z sytuacji. A ona przez cały ten czas dusi w sobie nierozładowaną omawianiem energię męczących napięć stresowych. Oszaleć można! I jak tu się nie pokłócić, żeby drania zmusić do mówienia?
Kobiety irytują się, że mężczyznom trzeba wyznaczać konkrety. Nie wystarczy powiedzieć po powrocie z zakupów: W bagażniku zostały ziemniaki. Jak durny odpowie: Wiem – i dalej pstryka pilotem. A przecież kobieta mówi wyraźnie: Idź, przynieś ziemniaki. On nie pojmuje, dopóki nie powiesz: Idź, przynieś ziemniaki z bagażnika. Przyniesie od razu.
Albo mówisz: Drzwi od szafki w kredensie się chwieją. On jak bałwan odpowiada: Pewnie śruby się poluzowały. A przecież ona mówi wyraźnie: Napraw te drzwi. Ale on nie rozumie. Jemu trzeba wydać polecenie. Wtedy, owszem, powie, że naprawi. Jak mężczyzna mówi, że coś naprawi, to naprawi i nie ma potrzeby jemu o tym przypominać co pół roku.
Kiedy narasta frustracja, na przykład z konieczności zamknięcia się w domu tylko we dwoje i odizolowania od ludzi, często narasta drażliwość. Stan ten rodzi nadmierne uwrażliwienie na słowa lub zachowania drugiej osoby, które w innych warunkach nie miałyby większego znaczenia. Jak stawiasz tę szklankę? – syczy jedno. A o co tobie chodzi, czego znowu się czepiasz? – nerwowo podnosi głos drugie. I już się zaczyna. Od słowa do słowa, coraz bardziej uszczypliwie, coraz bardziej złośliwie, coraz boleśniej „dowalić”. Ze szklanki przechodzimy na „ty zawsze…” albo „ całkiem jak twoja matka…” – i już jest jazda pełną parą. A zapas amunicji przez czterdzieści-pięćdziesiąt lat małżeństwa uzbierał się całkiem spory.

Pocelebrujmy bycie razem

Tłumione latami żale, poczucie krzywd, uzasadnione i nieuzasadnione pretensje, obszary wzajemnych niechęci z jakichś zadawnionych powodów – jest co wywlekać. Trwa odreagowywanie. Ale nie zawsze tak jest. Czasem w „starych małżeństwach” bywa też chłodno-obojętnie. W długim morskim rejsie starszy pan codziennie telefonuje do żony mile witając się i mile żegnając. Inny starszy pan po pewnym czasie mówi: zazdroszczę ci tego ćwierkania z żoną. A ty nie „ćwierkasz”? Wiesz, zadzwoniłem kilka dni temu, ale odpowiedziała, żebym jej nie zawracał głowy, bo ona właśnie obiera ziemniaki na obiad. A jak po dwóch tygodniach wracam z morza, to słyszę krótkie: Aaa, wróciłeś? I nadal zajmuje się czymś tam, jakbym wrócił z krótkiego spaceru.
Przyniesiona nam przez niezależne zjawiska przyrodnicze izolacja społeczna może być dla niektórych związków senioralnych doskonałą okazją do odkrycia siebie na nowo. Odświeżenia tego blasku, kiedy zachwycaliśmy się sobą wzajemnie. Trzeba tylko trochę dobrej woli, optymizmu, dystansu do drobiazgów i poczucia humoru. Na przykład obejrzyjmy stare fotografie, odświeżmy wspomnienia czasu swojej młodości. Powspominajmy i poopowiadajmy, co się wówczas działo, co pamiętamy, jak to było, co wówczas czuliśmy. Na pewno ujawnią się jakieś wspólne wesołe wspomnienia. Pocelebrujmy wspólne wypicie kawy z ciasteczkiem i lampką wina, ale nie milczkiem, gapiąc się równocześnie w telewizor! Poczujmy się jak kiedyś w kawiarni. Ubierzmy się ładnie dla siebie wzajemnie, a nie cały dzień w kapciach i rozchełstanej piżamie, bo przecież nigdzie nie wychodzę. Zróbmy taki mały teatrzyk dla zabawy choćby. Idź facet po kwiatka – ona jak zobaczy, na pewno zagra fajną rolę. Pobawmy się w dawno zapomnianą adorację, ot tak, „dla hecy” chociaż – a nuż nam się spodoba? Odświeżamy ściany, odświeżamy mieszkanie, dlaczego nie odświeżyć klimatów w naszym domu? Tylko my sami możemy zmienić kolorystykę swego życia. Może warto spróbować. A nuż powieje nowością? Czego Państwu z całego serca życzymy nie tylko dla ubarwienia izolacji społecznej.

 Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Może Cię również zainteresować:

Ścieżki losu – powieść Andrzeja Wasilewskiego redaktora Gazety Senior

Wnuczek zdolny, ale leń. Felieton Andrzeja Wasilewskiego

Starość… nigdy nie wiadomo jak się potoczy. Wrażenia Andrzeja Wasilewskiego z wizyty w Domu Pomocy Społecznej

Kategorie
Udostępnij