Danuta Błażejczyk – mam w sobie wojownika

Danuta Błażejczyk zadebiutowała w 1985 roku na festiwalu w Opolu piosenką „Taki cud i miód”, zdobywając nagrodę specjalną za indywidualność artystyczną. Znakomita polska wokalistka, przyjaciółka Danuty Rinn, na cześć której stworzyła ogólnopolski festiwal. Założycielka Fundacji Apetyt na Kulturę, która promuje młodych i nie tylko młodych artystów. Nagrywa płyty, występuje z dorosłą córką, cieszy się z bycia babcią. Danuta Błażejczyk w rozmowie z Magdą Wieteską mówi o swojej walce z nadwagą, stuletnim pianinie, aniołach, ukochanych kotach i podróżach.

Danuta Błażejczyk

Magda Wieteska: W sierpniu odbyła się premiera piosenki „Królem swego życia bądź”, która znajdzie się na Pani nowej płycie. Jakie utwory na niej usłyszymy? Kiedy ukaże się płyta?
Danuta Błażejczyk: Stylistykę utworów trudno jednoznacznie określić, piosenki nie będą w jednym, konkretnym gatunku muzycznym. Na pewno będą jednak nastrojowe i z przesłaniem, tak jak utwór promujący płytę. Jestem w trakcie przygotowań, materiał mam już prawie zebrany, przewiduję, że całość wyjdzie na początku przyszłego roku. Jestem wolnym strzelcem, więc najważniejszy problem to, jak zawsze w takich przypadkach, pieniądze. Ale jestem dobrej myśli, bo mnie się zawsze wszystko udaje.

M.W.: Skąd wzięła się fascynacja muzyką? Nie ma Pani wykształcenia muzycznego…
D.B.: Zawsze śpiewałam, choć w liceum chodziłam do klasy plastycznej, choć studiowałam filologię rosyjską z której na trzecim roku zrezygnowałam. Mama prosiła, żebym skończyła studia, ale ja się uparłam, że nie jest mi to potrzebne, bo wiem, co chcę w życiu robić. Chcę śpiewać. To stało się sensem mojego życia.
I chociaż nie zdobyłam formalnego wykształcenia muzycznego, brałam lekcje śpiewu u pani profesor Alicji Barskiej. Tak długo, jak żyła pani profesor, byłam kształcona wokalnie. To była wspaniała osoba, bardzo uniwersalna, wiele znanych później osób do niej chodziło, chodził cały teatr Roma, Buffo, tacy artyści jak Ewa Dałkowska, Michał Bajor, Kayah, Łukasz Zagrobelny, Kasia Łaska.

M.W.: Pani profesor Barska nie była jedyną osobą, którą wspomina Pani z dużym sentymentem i której wiele zawdzięcza. Organizuje Pani Festiwal Danuty Rinn. Dlaczego poświęcony właśnie tej artystce?
D.B.: Danusia była niezwykłą osobą – prywatnie i zawodowo. Czułam się z nią emocjonalnie związana. Gdy byliśmy kiedyś z mężem w podbramkowej sytuacji, bo nie mieliśmy gdzie mieszkać, Danusia oddała nam do dyspozycji własne mieszkanie. Stwierdziła, że nie widzi żadnego problemu, bo wyjeżdża do Stanów, a my będziemy mieć kłopot z głowy. Mieszkaliśmy u niej prawie przez rok, płacąc właściwie jedynie rachunki za czynsz, prąd, gaz. Była bardzo opiekuńcza, matkowała nam. No i była wspaniałą, swingującą, obdarzoną niesamowitym poczuciem humoru artystką. A jej piosenki są ponadczasowe.
Dużo dobrego otrzymałam od ludzi i mam wielką potrzebę dzielenia się tym, co sama dostałam, odwdzięczenia się. Dlatego założyłam Fundację Apetyt na Kulturę, która promuje młodych i nie tylko młodych artystów i współorganizuje właśnie Festiwal Danuty Rinn. Gdy dopiero nosiłam się z tym pomysłem, Włodek Korcz powiedział mi: Nad czym się zastanawiasz? Jeśli masz coś zrobić dla innych, pomyśl o Danusi. Znałaś ją, spałaś w jej łóżku, bliski jest ci swing, tak samo jak jej.

M.W.: Promuje Pani młodych artystów. Czy to ma sens w dobie tak wielu programów typu talent show, które dają młodzieży możliwość zaistnienia, wybicia się?
D.B.: Jest cała masa utalentowanych młodych ludzi, którzy nigdy nie zgłoszą się do tego typu programów. Są skromni, a ich twórczość często niszowa. Dlatego uważam, że warto inicjować tego typu przedsięwzięcia, by dać szansę wyjścia z cienia tym, którzy nie mają parcia na szkło, którym brak przebojowości oraz pieniędzy. Fundacja nie tylko wspiera ważne i ciekawe projekty kulturalno-artystyczne, ale także ustanawia i przyznaje stypendia pieniężne oraz nagrody dla szczególnie uzdolnionych artystycznie dzieci i młodzieży. Mam dużą wiarę w człowieka. Poza tym uważam, że łatwiej walczyć nam o kogoś, niż o siebie.

M.W.: Pani mąż jest perkusistą, razem pracujecie i dzielicie życie. Czy to nie jest obciążające, męczące, takie bycie ze sobą i w pracy, i w domu?
D.B.: Jak się ludzie kochają i lubią, to nie. Owszem, kłócimy się czasem, jak każde małżeństwo, ale potrafimy ze sobą rozmawiać, nie nudzimy się w swoim towarzystwie. No i mój mąż jest wyjątkowy! Potrafi poradzić sobie ze wszystkim.

M.W.: Do muzycznej rodziny, którą Państwo tworzycie, dołączyła Wasza córka. Jak to jest występować na scenie z własnym, dorosłym dzieckiem?
D.B.: To wielkie szczęście śpiewać z własnym dzieckiem. Choć Karolina nie wybrała muzyki jako swojej ścieżki zawodowej, jest bardzo utalentowana i cieszę się, że możemy razem śpiewać. Ale podchodzi do tego z dystansem – hejty dały się nam obu we znaki. Ludzie zarzucali, że pomagam własnemu dziecku. A komu, jak nie dziecku, miałabym pomagać, szczególnie gdy ma talent? Talentu się nie kupi za żadne pieniądze.

M.W.: Niedawno została Pani babcią. Jak się Pani poczuła w nowej roli?
D.B.: Wspaniale, bo to wielka radość być babcią takiego radosnego, otwartego na ludzi dziecka. Zresztą Karolinka też taka była. Myślę, że mój wnuk pójdzie w moje ślady – choć ma dopiero rok i cztery miesiące, z powodzeniem naśladuje różne głosy, gdy mu śpiewam. Córka błaga tylko, abym nie śpiewała mu takich wysokich dźwięków, bo potem cała kamienica aż się trzęsie, gdy Wincenty daje głos (śmiech).

M.W.: Nie jest tajemnicą, że schudła Pani 28 kilogramów i została Pani ambasadorką akcji Chudniesz – Wygrywasz Zdrowie. Proszę o tym opowiedzieć.
D.B.: Gdy zaczęła mi doskwierać tusza, zrozumiałam, że muszę zacząć działać. Poznałam Konrada Gacę i jego sposób radzenia sobie z nadwagą. To, co mówi Konrad, jest piękne i bardzo prawdziwe – żadne cud tabletki tego za nas nie zrobią, to my sami musimy podjąć wysiłek, sami musimy zadbać o siebie, o swoje zdrowie, urodę. I że nieważne ile razy upadniesz – ważne, żebyś się podniósł. To dotyczy nie tylko walki z nadwagą, ale i innych obszarów życiowych. Jak jest problem, nie ma co biadolić, narzekać czy wzywać na pomoc Pana Boga, bo On i tak ma za dużo na głowie – trzeba znaleźć w sobie samym wojownika. Ja go chyba mam.
Wracając do samej diety – jada się określone produkty, często, nawet pięć razy dziennie, i co najważniejsze – człowiek nie musi się głodzić. W skład tych produktów wchodzi w zasadzie wszystko, bo i warzywa, owoce, białka, węglowodany, ale wszystko jest tak skonfigurowane, że człowiek nie odczuwa zwiększonego łaknienia. Dieta kojarzy się z wyrzeczeniami, głodówkami – tu absolutnie tak nie jest. Oczywiście, nie sama dieta uczyni nas szczuplejszymi i zdrowszymi, potrzebny nam jeszcze ruch. Mam dobrane specjalne ćwiczenia na spalanie, biegam na bieżni, jeżdżę na rowerku. A ćwiczenia na odpowiednie partie ciała powodują, że osoby odchudzające się nie borykają się z problemem zwisającej skóry. Śmieję się, że mogłabym jeszcze zapozować jako modelka.

M.W.: Jak Pani odpoczywa, relaksuje się?
D.B.: Pracując, gdy wychodzę na scenę, mam możliwość kontaktu z ludźmi. Uwielbiam to i tak właśnie ładuję akumulatory. Ostatnio mieliśmy koncert w Zduńskiej Woli. Było przepięknie – publiczność na wyciągnięcie ręki, widziałam ich reakcje na mój występ. Bardzo mnie to wzruszyło. Zresztą jako artyści co jesteśmy warci bez ludzi, bez publiczności? Sami to sobie możemy śpiewać w łazience.

M.W.: W którymś z kolorowych pism widziałam Pani mieszkanie. Biała, przestronna, przytulna kuchnia z dużym stołem, w pokoju 100-letnie pianino i dużo, w całym domu, figurek aniołów. Lubi Pani swój dom, jest dla Pani ważny?
D.B.: Tak, chociaż ostatnio mieszkanie w nim jest dość męczące. Mam remont, a mieszkanie w mieszkaniu podczas remontu to masakra.

M.W.: Czyli kuchnia nie będzie już biała?
D.B.: Będzie (śmiech). Ale nie będzie już gzymsów, tylko gładka powierzchnia.

M.W.: A anioły?
D.B.: Oczywiście zostają! Tak jak 100-letnie pianino, które było pianinem pani profesor Barskiej.
Dla mnie dom bez aniołów i kotów to nie dom. Mam dwa koty: jeden rudy, drugi szaro-bury. Moje kochane Gamonie, pełno ich wszędzie.

M.W.: Czytałam, że lubi Pani Włochy. To ulubiony kierunek wakacyjny?
D.B.: Lubię Włochy, ale uwielbiam Portugalię. Byliśmy tam tydzień, gościliśmy u naszych przyjaciół. Gdybym tylko mogła, przeprowadziłabym się na stałe. Lubię się grzać, a nie marznąć – jestem zdecydowanie karaibska.

M.W.: Jakie marzenia ma Danuta Błażejczyk?
D.B.: Żeby Festiwal Danuty Rinn stał się takim wystrzałowym, ogólnopolskim festiwalem, na który młodzi będą chcieli przyjeżdżać, śpiewać jej piosenki. I mieć mały domek – żeby zaprosić obie mamy (mamę i teściową) do siebie.

M.W.: W takim razie życzę ich spełnienia!

FOT. Mateusz Motyczyński

Wywiad ukazał się w papierowym wydaniu Gazeta Senior Poznań 6/2017

Strona internetowa Danuty Błażejczyk

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus ( )