Alzheimer zabiera mi żonę. Ale tak łatwo mu nie pójdzie!

Alzheimer zabiera mi żonę. Ale tak łatwo mu nie pójdzie!

Prawdziwa historia opiekuna. Kiedy się poznali, pani Wiktoria była żywiołową 57-latką. Uwielbiała tańczyć, piekła najlepsze serniki na świecie. Dziś, po 23 latach małżeństwa, czasem uśmiechnie się do męża, gdy ten wspomina ich dawne czasy. Uśmiechnie się, ale czy rozumie, o czym on mówi? Jej pamięć jest coraz bardziej ulotna. Zabiera ją Alzheimer…

– To był mój kolejny ślub, ale pierwszy kościelny. Śmialiśmy się nawet, jak ksiądz pytał, kiedy damy na zapowiedzi. Taka z nas była stara-młoda para – mówi pan Jan.

Pan Jan ma 82 lata, ale wygląd i aktywność 65-latka. Wszędzie go pełno, bo lubi ludzi i się nimi otacza. Pomaga przyjaciołom w potrzebie, łatwo nawiązuje nowe znajomości. Nawet teraz, z chorą żoną, jeżdżą na wczasy, do sanatorium, odwiedzają znajomych, dużo spacerują. Tylko już nie w takim tempie, jak dawniej – pani Wiktoria powoli chodzi, rzadko się odzywa, trzeba o nią dbać jak o dziecko. Ma 80 lat. Od sześciu lat choruje na Alzheimera, a cztery lata temu została zdiagnozowana.

– Nie zorientowałem się tak od razu. Myślałem, że gorsza pamięć to kwestia wieku i nic więcej. Byliśmy na turnusie rehabilitacyjnym koło Jeleniej Góry. Codziennie gimnastyka, kąpiele, badania. To wszystko, żeby podreperować zdrowie i nie tak szybko się zestarzeć. Pewnego dnia słyszę od lekarza: „Niech pan pozwoli do mojego gabinetu”. Poszedłem, a on mówi mi, że moja żona coś źle kojarzy, żeby po przyjeździe do domu zbadać ją u neurologa. No to poszliśmy. Neurolog orzekł, że to Alzheimer i zapisał tabletki na poprawę pamięci, żeby lepiej ukrwić mózg. Powiedział, że tak to już będzie u mojej żony – raz lepiej, raz gorzej, taka parabola. I rzeczywiście, są dni, gdy Wicia lepiej się czuje, i takie, gdy trudno o jakikolwiek z nią kontakt. Ale jest też pewna regularność zachowań: zauważyłem, że rano jest bardziej kontaktowa niż wieczorem.

Jak wygląda Wasza codzienność?
– Ja wstaję wcześnie, tak ok. 6.30. Wiktoria lubi pospać, to dobrze w jej sytuacji, nawet lekarz mówił, niech śpi, odpoczywa. Budzi się około 10.00. Wtedy od razu robię zupę mleczną: płatki na mleku czy kaszę mannę i przygotowuję dla żony leki. Sporo jest tych leków, bo jeszcze na cukrzycę i nadciśnienie. Muszę tego wszystkiego pilnować, dawać o odpowiedniej godzinie i sprawdzać, kiedy się kończą, żeby zamówić wizytę u lekarza.

Zawsze wieczorem przygotowuję ubranie dla żony na następny dzień. Rano pomagam się jej umyć, ubrać i po śniadaniu jesteśmy gotowi do wyjścia. Wychodzimy a to na targ, a to na spacer, czasem zajrzymy do jakiejś kawiarni, zjemy ciastko, wypijemy herbatę. Na szczęście nasze emerytury pozwalają nam ruszyć się gdzieś dalej poza dom. Wracamy, ja przygotowuję obiad. Kupuję dużo warzyw i owoców, chude mięso, staramy się zdrowo odżywiać. Kiedyś to Wicia gotowała, piekła, była zaradną, gospodarną kobietą. Robiła najlepszy sernik na świecie! Ale teraz już nawet naczyń nie zmyje, więc to też jest na mojej głowie. Nie ma co narzekać, po prostu sprzątam, gotuję, piorę, prasuję, w sobotę odkurzyłem dywan, wytrzepałem go, zmyłem posadzkę. Ot, życie.
Na szczęście, moja Wiktoria jest spokojna. Pogodna, łagodna. Bo przy tej chorobie ludzie często są agresywni.

Jest Pan bardzo aktywnym człowiekiem, pomimo wieku wciąż dużo jeździ Pan samochodem…
– Tak i lubię to. Mam auto, więc jeździmy. Lubimy spędzić trochę dni w gospodarstwie agroturystycznym, jeździmy w góry, nad morze. O, w czerwcu jedziemy na wczasy do Ustki. Na dwa samochody, z kolegą. Też ma chorą żonę…
Staram się, aby moja Wiktoria miała jak najwięcej bodźców z otoczenia. Żeby mogła podziwiać przyrodę, oglądała te wszystkie piękne widoki, żeby słuchała muzyki, słuchała, jak rozmawiają ludzie, dużo spacerowała. To się tylko z zewnątrz może wydawać, że jak traci pamięć, jak coraz wolniej chodzi, coraz słabiej rozumie, to przestaje też czuć. To nieprawda! Zaskoczyła mnie kiedyś zresztą bardzo, z tą pamięcią. Byliśmy koło Kielc, w agroturystyce. Idziemy drogą, wkoło pięknie, zielono, spokojnie. Nagle słyszymy jakąś melodię, myślałem, że to piosenka z radia, z czyjegoś domu. Ale melodia jest coraz głośniejsza. Przy drodze stoi krzyż, obok ławka, na której siedzą kobiety i śpiewają. Pytam, czy możemy się przysiąść. Kiwnęły głową, usiedliśmy. Patrzę, a one wszystkie mają śpiewniki, zerkają do nich co chwila i śpiewają. I nagle – uszom nie wierzyłem – moja Wicia też zaczyna śpiewać! Nie z żadnego śpiewnika, z pamięci!

Takie chwile na pewno są miłe i dają wiarę, nadzieję na lepszy czas. W przypadku pani Wiktorii – nie na wyzdrowienie, ale przedłużenie stanu, w którym jest obecnie.

– Co pół roku chodzimy do neurologa i psychiatry, na kontrole. Nie będzie lepiej, ale oby nie było gorzej. Na szczęście, moja żona sama dba o higienę intymną. Czasem robię jej kąpiel, umyję plecy, włosy, wytrę.
Niełatwe miała życie. Dzieciństwo spędziła na Syberii, jako jeszcze młoda kobieta została wdową. Sama wychowała dwóch synów, dobrze wychowała. Niedawno pochowała jednego z nich… Ten Alzheimer może i jedną rzecz dobrze robi – że nie pozwala pamiętać o strasznych rzeczach. Wiktoria czasem nie jest świadoma, że jej syna już nie ma…

Czego Panu najbardziej brakuje, gdy wraca Pan do wspomnień z czasów przed chorobą żony?
– Rozmów, śmiechu, wspólnego komentowania rzeczywistości. Zabawy, towarzystwa. Chociaż moja żona nie była gadułą, to umiała słuchać, lubiłem z nią rozmawiać.
No i uwielbiała tańczyć! Pamiętam, jak byliśmy kiedyś w sanatorium w Busku Zdroju. Piękny park, wiewiórki jadły z ręki. Cały dzień chodziliśmy po okolicy, wieczorem byłem już trochę zmęczony. Ale Wicia – nie. Pyta mnie, czy pójdziemy na dancing. Wiciu, mówię, dzisiaj nie. Patrzę za chwilę – a ona płacze. No to przebrałem się i mówię – idziemy. Jak ona się cieszyła! Leciała w powietrzu przez ten park, taka szczęśliwa, że będziemy tańczyć.
Zresztą do dzisiaj to lubi. Chociaż ma problemy z poruszaniem się. Byliśmy w grudniu na weselu, przetańczyliśmy razem dobrych kilka kawałków.

Jaką ma Pan radę, wskazówkę dla osób, które opiekują się najbliższymi chorymi na Alzheimera?
Żeby ten opiekun był zdrowy. Ja, dziękować Bogu, po lekarzach nie biegam, chociaż jestem po chorobie nowotworowej. Więc – żeby samemu być zdrowym, jak mąż czy żona jest chora. Żeby mieć w sobie ten obowiązek. Opiekuńczość. Szacunek. I oczywiście miłość.

MW

Słowa kluczowe

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany