Barowe wspominki

Pociągi przybywały do miast bladym świtem około godziny piątej trzydzieści, szóstej trzydzieści, siódmej trzydzieści i około dziewiątej rano. Tak też przybywały autobusy tras lokalnych. Dwie pierwsze tury wysypywały spieszne tłumy pracowników fabrycznych.

Bar mleczny

Dwie drugie – pracowników biurowych, uczniów szkół średnich, studentów, interesantów, zaopatrzeniowców tłumnie przemierzających Polskę w różnych kierunkach, klientów, pacjentów – i tak dalej. Wówczas jeszcze nie było internetu, telefonów komórkowych, a wszystkie sprawy, służbowe i prywatne, załatwiało się osobiście. Trzeba było pojechać. Robotnicy i urzędnicy wieźli ze sobą do pracy śniadanie w teczkach. Kanapki owinięte w gazetę (papier śniadaniowy miał być dopiero cywilizacyjnym postępem przyszłości). W biurowcach śniadania były zawijane w ukradkiem „podbierany” do domu papier z biurowych maszyn do pisania, najlepiej „bibułkowy”. Pozostali ruszali do celu przez znajdujący się po drodze bar mleczny.

Mleko pili wszyscy

Bar mleczny był poetyką czasu lat siedemdziesiątych. Mleko pili wszyscy codziennie. Dostarczane do mieszkań klekotało przed blokami w szklanych butelkach od piątej rano w wózkach mleczarzy roznoszących owe butelki po klatkach schodowych. Kto był zapisany na dostawę, wystawiał wieczorem puste butelki na wycieraczkę i rano odbierał tam wypełnione mlekiem litrowe butelki zamknięte żółtym „złotkiem” kapsla. Żeby ugrzać, zanim dzieci pójdą do szkoły.
Pani Irena Borska, trzydzieści lat za ladą baru mlecznego, mówi: dzisiaj ludzie nie piją mleka. Dawniej mleczarze przywozili do baru po kilka dwudziestolitrowych kanek. Teraz konsumenci sporadycznie kupują kubek mleka. I to wyłącznie starsze pokolenie. Dawniej w barze pani Ireny pracowało piętnaście osób, a i tak kolejki były. Taki duży był ruch śniadaniowy. Teraz pracuje bufetowa, kucharz, pomoc kuchenna i kierowniczka, ale tempo pracy już nie jest takie wymagające jak dawniej. Nadto ruch klientów przesunął się z pory śniadaniowej na obiadową i to także – bez tłoku.

„Co mówi do mnie, a co do telefonu”

Klientelę także bieg czasu przetasował. Teraz w znacznej mierze są to ludzie starsi, najczęściej samotni, dużo klientów z bonami opieki społecznej, studenci, ale i inne osoby również. Panie z baru mówią, że studenci i ludzie starsi to konsumenci kulturalni. Inni, zwłaszcza młodzi, mają zachowania dość trudne. Język „śmietnikowy”, lekceważące odnoszenie się do personelu, nie znają słów „dziękuję”, „proszę”, „przepraszam”. Składając zamówienie, równocześnie rozmawiają przez telefon, co jest nagminne, i trudno zorientować się co mówi do mnie, a co do telefonu, a na zwróconą uwagę reagują bardzo arogancko – mówi pani Krystyna Galas – dwadzieścia lat w tym samym barze. Jest także stała klientela, trzymająca się baru przez całe życie – mówi pani Krystyna. – Z niektórymi stałymi bywalcami znam się jak ze „znajomymi z pracy”, czasem mówimy sobie nawet przez „ty” z powodu długoletniego kontaktu. Bywa też, że student, który jest klientem przez pięć lat i potem wyjeżdża, po czasie, będąc przejazdem, przychodzi przez sympatię przywitać się, pozdrowić. To bardzo miłe.

Pierogi i dania na wynos

Maria Kornacka pracuje w barze mlecznym powiatowego miasteczka „całe życie” – jak powiada. Lokal ten sam przez dziesiątki lat, a personel zmieniał się wielokrotnie. Teraz nie ma tłoku jak w dawnych latach. Za ladą tylko ona i kucharz. Klientami są emeryci, „bonowcy” opieki społecznej oraz ludzie przyjezdni „do powiatu”. Nie robimy już „dyżurnych” dla dawnych barów mlecznych sałatek jarzynowych, jajek w majonezie czy śledzia w śmietanie. Trzeba było wprowadzić szerszy wybór potraw półmięsnych. Zmieniły się gusta. Dużo klientów bierze dania na wynos. Część stałych klientów przychodzi głównie z powodu pierogów, które robimy sami bardzo starannie.

„Leniwe odebrać!”

A gdzie ta poezja barów mlecznych? Poezja była, kiedy po godzinnym „tłuczeniu się” w półśnie w zawsze przegrzanym wagonie kolejowym wysiadało się na peron i po drodze na uczelnię biegło się do leżącego na trasie baru mlecznego „Kuchcik”. A tu tłum luda, gwar, pospiech, „ty trzymaj stolik, ja staję w kolejkę, Wojtek rusz się z naszymi płaszczami do wieszaka”. Wszechobecny zapach ciepłego mleka daje poczucie przytulności. Poproszę jedno kakao, dwie bułki z masłem i twarożek. „Leniwe odebrać! Śląskie z sosem mięsnym, proszę! Naleśniki z serem kto zamawiał!”… Śniadanie w klimatach niepowtarzalnych, zupełnie innych niż w domu czy w pracy pomiędzy skoroszytami na biurku. Owej poezji nie da się opowiedzieć. Tego trzeba było doznać. Bary mleczne, tłumne w latach siedemdziesiątych, ze swoją poetyką mlecznych zapachów, prostych potraw bezmięsnych i tłumnej klienteli – odpłynęły w sferę wspomnień. Ale jakże miłych tamtemu pokoleniu. No, naleśniki z dżemem proszę i małe mleko.

Na piwo incognito

Inny temat barowy tamtego czasu to bary „gastronomiczne”. Tak jak mleczne, otwarte od szóstej rano. Wódka, piwo i zakąski. Tatar z przyschniętym żółtkiem, śledź po japońsku, sałatka jarzynowa, bigos, śledź w oleju, wątróbka w sosie, fasolka po bretońsku – to dania dyżurne. Klientela wyłącznie męska. Późnym popołudniem, wieczorem od furmana i złodzieja do naczelnika wydziału i prokuratora wpadających na piwo incognito. Po „ostrej balandze” nie do baru mlecznego, lecz tutaj wpadało się na skacowane śniadanie: duże piwo i tatara proszę, niech pani się pospieszy, bo do roboty lecę.
Ale to już inna poetyka tamtej rzeczywistości, tak jak inna była nasza młodość.

Andrzej Wasilewski

Słowa kluczowe
Nowszy artykuł
Starszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany