Jerzy Skrzypczyk: popularność mi nie przeszkadza

Jerzy Skrzypczyk: popularność mi nie przeszkadza

Jerzy Skrzypczyk to lider i jeden z założycieli zespołu Czerwone Gitary. W rozmowie z Magdą Wieteską muzyk opowiada o początkach grupy, jej największych sukcesach, koncertach, które szczególnie zapadły w pamięć.

Czerwone Gitary, nazywani polskimi Beatlesami, grają już ponad 50 lat. Trudno wymienić ich wszystkie przeboje. „Kwiaty we włosach”, „Anna Maria”, „Nie zadzieraj nosa”, „Historia jednej znajomości”, „Dozwolone od 18 lat” to zaledwie kilka spośród wielu, wielu piosenek, które całe pokolenia znają na pamięć. W rozmowie z Magdą Wieteską Jerzy Skrzypczyk wspomina koncerty, opowiada o początkach grupy i współpracy międzypokoleniowej.

Magda Wieteska: Czerwone Gitary. Dziś nikt nie wyobraża sobie, aby nazywały się inaczej, choć podobno wtedy – 3 stycznia 1965 r. padła nazwa „Maskotki”. Pamięta Pan tamten dzień?
Jerzy Skrzypczyk: Nie pamiętam nic. Chociaż gdzieś tam wyczytałem, że to ja byłem pomysłodawcą tej nazwy. Dobrze, że ta propozycja nie przeszła. Ma Pani rację. Trudno to sobie wyobrazić. Jakoś dzisiaj nie widzę siebie w roli maskotki.
M.W.: Jak wyglądały początki? Byliście polskimi Beatlesami, uwielbianymi i wyczekiwanymi na koncertach. Seweryna Krajewskiego porównywano do Lennona, Krzysztofa Klenczona do McCartney’a. Czy czuliście się zmęczeni, przeciążeni popularnością czy przeciwnie – sukces tylko napędzał Was do dalszych działań?
J.S.: To wielkie wyróżnienie być kojarzonym z taką fantastyczną grupą, jaką byli Beatlesi. Może dlatego tak było, że Czerwone Gitary powstały w okresie wielkiej popularności angielskiego zespołu. Każdy kraj chciał mieć wtedy swoich Beatlesów i Juras Kosela wraz z Henrykiem Zomerskim tworząc nasz zespół wzięli to pod uwagę i Beatlesi byli tym drogowskazem dla Czerwonych Gitar. Mieliśmy takie samo instrumentarium, podobne kostiumy estradowe, muzycy grający w zespole sami pisali piosenki i nierzadko teksty do tych piosenek. A w momencie, kiedy do zespołu dołączył na stałe Seweryn, a odszedł Jurek Kosela, tych analogii było jeszcze więcej. Graliśmy w czwórkę – jak Oni, wykrystalizował się duet autorski Krajewski – Klenczon i jeśli dodać do tego osobowości Benka Dornowskiego i moją, to rzeczywiście ten skład w jakimś stopniu mógł podołać temu porównaniu. Czy czuliśmy się zmęczeni? Mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Mnie popularność nigdy nie przeszkadzała. To było i jest fantastyczne uczucie, mieć przed sobą rozentuzjazmowany tłum i być rozpoznawanym na ulicy. Mogłem grać dwa, trzy koncerty dziennie, nie odczuwając zmęczenia. Sukces na pewno był siłą napędową. Zdrowa rywalizacja twórcza w zespole powodowała, że jeden przebój gonił drugi i nie można się było od nich opędzić. Tak to było.
M.W.: Czasem bywa tak, że na scenie członkowie zespołu wyglądają na zaprzyjaźnionych, a w rzeczywistości, powiem delikatnie, przyjaźnią się z całkiem innymi osobami. Jak było u Was? Lubiliście spędzać ze sobą czas, także po koncertach, w trasach?
J.S.: Może nie było u nas wielkich przyjaźni, ale też nigdy nie dochodziło do emocjonalnych spięć. To, co widać było na scenie, odpowiadało temu, co działo się poza nią. Na pewno były jakieś nieporozumienia, ale ja nie pamiętam, aby wymiana poglądów wychodziła poza ramy przyzwoitości. Nawet rozstania odbywały się w kulturalnej atmosferze.
M.W.: Czerwone Gitary mają na koncie największą liczbę sprzedanych płyt w historii polskiej fonografii – 8 milionów w 2006 r. O wiele wcześniej, w 1969 roku w Cannes otrzymaliście trofeum „Midem” za największą liczbę sprzedanych płyt w kraju. Na tym samym festiwalu taką samą nagrodę dostali The Beatles. Czy spodziewał się Pan takiego sukcesu?
J.S.: Juras Kosela, któremu zadano kiedyś to pytanie, odpowiedział: „Gdybym nie wierzył w sukces tego zespołu to nie zawracałbym sobie tym głowy”. Oczywiście rozmiary tego sukcesu były trudne do przewidzenia. W życiu nie pomyślałbym, że będę udzielał tego wywiadu w 53 roku istnienia zespołu. Bardzo ważne jest to, że do tych milionowych nakładów płyt, wciąż dodawane są nowe ilości. Bo przecież w ostatnim okresie Czerwonym Gitarom przyznano dwie ZŁOTE PŁYTY za albumy „Czerwone Gitary O.K.” i „KONCERT JUBILEUSZOWY”.
M.W.: Jest Pan ostatnim muzykiem ze „starej gwardii”. Jak współpracuje się z młodymi członkami zespołu, którzy dołączyli do Czerwonych Gitar w 1997, 2000 i 2002 r.? Jakie są blaski (a może i cienie?) takiej międzypokoleniowej współpracy?
J.S.: Spotykamy się z opiniami o obecnym zespole, że to nie są już te Czerwone Gitary co kiedyś. I to jest racja. Krzysztof Klenczon czy Seweryn Krajewski to były charakterystyczne muzyczne osobowości i znalezienie muzyków o takich samych cechach jest niemożliwe. Natomiast młodzi muzycy z obecnego składu – Mieczysław Wądołowski, Arek Wiśniewski czy Darek Olszewski swoimi umiejętnościami instrumentalnymi, wokalnymi i twórczością doprowadzili do tego, że ich piosenki zajmują czołowe miejsca na listach przebojów i mają często więcej odsłon na youtube niż stare przeboje Czerwonych Gitar. To przecież również dzięki ich pracy doczekaliśmy się 50-lecia istnienia zespołu. Na marginesie koncert z tej okazji był najdłuższym koncertem w naszej historii. W gdańskiej Filharmonii to wielkie dla nas wydarzenie trwało cztery i pół godziny. Ważne jest również to, że ci muzycy z wielkim szacunkiem podchodzą do swoich poprzedników i ich twórczości.
M.W.: Od ponad 50 lat jest Pan na scenie. Jakie to uczucie?
J.S.: Takie, jak na przykład 25 lat temu.
M.W.: Porozmawiajmy trochę więcej o Panu. Skończył Pan Liceum Muzyczne w Gdańsku w klasie fortepianu i perkusji. Wybór szkoły sugeruje, że już jako chłopiec był Pan ukierunkowany na muzykę…
J.S.: To dzięki moim rodzicom. Podobno bardzo rytmicznie reagowałem na wszelkie gatunki muzyki rozrywkowej. I chyba to było jedyne kryterium, żeby zrobić ze mnie muzyka. Gdy miałem 6 lat, posłali mnie do ogniska muzycznego, gdzie uczyłem się grać na akordeonie, potem podstawówka z fortepianem jako instrumentem głównym i liceum muzyczne z fortepianem i perkusją jako instrumentem głównym (tak to się kiedyś określało). Już w liceum zaczęły się moje ciągoty do muzyki rozrywkowej. Początkowo był to big-band Jana Tomaszewskiego, potem śpiewałem w zespole jazzowym Flamingo, później po drodze były Pięciolinie i wreszcie Czerwone Gitary, i jeżeli mogę się pochwalić, to do dnia dzisiejszego nie opuściłem ani jednego koncertu tego mojego zespołu.
M.W.: Czy któryś z koncertów szczególnie utkwił w Pana pamięci?
J.S.: Takich koncertów było sporo i każdy z innego powodu utkwił mi w pamięci. Może… koncert w Hawanie na Kubie. Pojechaliśmy tam zaraz po sukcesie na festiwalu Interwizji w Sopocie. Organizatorzy wymyślili sobie, że w koncercie tym wezmą udział wszyscy kubańscy artyści, którzy występowali na tym festiwalu. I każdy z nich tak chciał się pokazać, że my weszliśmy na scenę po pięciu godzinach. Na widowni nie było euforii. A, może jeszcze koncert w Cannes we Francji, o czym wspomniała pani w jednym z pytań. To była wielka gala samych znakomitości europejskiej sceny, a wśród nich my, po raz pierwszy na Zachodzie. Wykonaliśmy tan dwie piosenki „Anna Maria” po angielsku i „Jak mi się podobasz” po polsku. Trema olbrzymia, ale reakcja widowni bardzo przyjazna i to był pozytyw tego wyjazdu. A negatyw – po koncercie ktoś, delikatnie rzecz ujmując, przywłaszczył sobie moje, z wielkim trudem zdobyte talerze perkusyjne.
M.W.: Czy ma Pan swój ulubiony utwór? A może jest tak, jak w przypadku wielu artystów, że śpiewa i gra Pan piosenkę ulubioną przez publiczność, do której niekoniecznie ma Pan sentyment?
J.S.: Nie ma takiej piosenki, którą mógłbym wyróżnić. Po prostu w Czerwonych Gitarach powstało tak dużo pięknych piosenek, że nie wiadomo, jakie kryteria brać pod uwagę, żeby którejś z nich przyznać laur pierwszeństwa. Może tylko przy tej okazji warto zwrócić uwagę na znakomite teksty, jakie pisali dla nas tacy autorzy, jak Agnieszka Osiecka, Krzysztof Dzikowski, Marek Gaszyński czy Janusz Kondratowicz. Teksty, które śpiewa cała Polska i my razem z Nią. Dzisiaj często różni wykonawcy (nie mylić z artystami) sami piszą teksty do swoich piosenek, ale tych tekstów nie chce mi się z nimi śpiewać.
M.W.: Jak odpoczywa Jerzy Skrzypczyk – lider Czerwonych Gitar? Co Pan robi w wolnym czasie, jak dba o dobrą formę i zdrowie?
J.S.: Różnie to bywa. Sporo, szczególnie w okresie wiosennym, pomagam żonie w pracach ogrodowych, bywam na siłowni, ale nie po to, żeby się siłować, tylko trochę się porozciągać. Wreszcie rzuciłem palenie. A jarałem już na zmianę papierosy cyfrowe i analogowe. Sport, ale w telewizji i to ten na najwyższym poziomie. Próby zespołu, trochę twórczości muzycznej i jakoś leci. Zauważyłem tylko, że na przykład poniedziałki znacznie szybciej następują po sobie niż kiedyś.
M.W.: W dalszym ciągu koncertujecie i to sporo. Jaka publiczność przychodzi na Wasze koncerty?
J.S.: Rzeczywiście gramy dużo. Poza Polską często koncertujemy w Niemczech, w Austrii, USA i w Kanadzie. A publiczność? Są i moi rówieśnicy, i średnie pokolenie, i najmłodsi, dla których Czerwone Gitary to są Gitary w obecnym składzie, bo innych nie znają. Ich obecność bardzo nas cieszy, bo w sposób naturalny ci młodzi ludzie dowiadują się, że istnieją zespoły, które grają na koncertach „na żywo”, a nie z pendriva. Spontaniczna reakcja po każdym koncercie jest radością, której ciągle dostarczają nam nasi sympatycy i za to, w imieniu Czerwonych Gitar, chcę bardzo, bardzo podziękować. Do zobaczenia na koncertach!!!

CATEGORIES
TAGS
Share This

COMMENTS

Wordpress (0)
Disqus ( )