Pasja różne ma oblicza

Lidia Wrocińska-Sławska zapytana, co najbardziej lubiła jako dziecko przedszkolne, z dużym rozbawieniem odpowiada, że jeszcze żaden dziennikarz nie zaczynał z nią rozmowy od tak zaskakującego pytania. W jej wyluzowanym, długim rozśmieszeniu wygasa napięcie często towarzyszące rozmowom „z przedstawicielem…”.

Lidia Wrocińska - Sławska Lidia

Ze szkoły podstawowej wspomina z ogromną sympatią dwie nauczycielki, które starały się wydobywać z dzieci to, co w nich najlepsze. Biorąc pod uwagę dokonania dla dobra społecznego na drodze życia pani Lidii, nauczycielki owe swoją inspiracyjną rolę spełniły doskonale, wydobywając z dziewczynki głęboki altruizm, zaangażowanie w pracę dla podnoszenia jakości życia innych. Pasję bycia pomocną w podnoszeniu psychicznego komfortu egzystencji na takim poziomie, na jakim ta egzystencja się umiejscowiła. Płaszczyzny się nie zmieni, ale jej obraz można, ponieważ obraz ten różne może mieć oblicza.
Wstępne narzędzia do wykonania tej pracy otrzymała w Szkole Pracowników Socjalnych. Po jej ukończeniu zajmowała się zasiłkami, kompletowaniem dokumentów osób czekających na umieszczeniu w Domu Starców, jak to się wówczas mówiło w języku potocznym, a jeszcze potem trafiła do Działu Opieki Społecznej Zakładu Opieki Zdrowotnej dzielnicy Wilda. Wilda owego czasu nie była dzielnicą dobrobytu, oględnie mówiąc. Pracy więc było wiele.

Opowieść pani Lidii

– Byliśmy młodym, kilkuosobowym zespołem – mówi pani Lidia. – Poznań miał wówczas status miasta wydzielonego, a dzielnice były „gminami”, tzn. jednostkami samodzielnymi budżetowo. Miał ten status dla nas takie praktyczne znaczenie, że ośrodki decyzyjne były blisko, w zasięgu ręki, mówiąc kolokwialnie. W wieku dwudziestu kilka lat miałam dużo energii, chęci działania oraz przełożonych bardzo otwartych na wszelkie pomysły i nowatorstwo. W większości byli to ludzie „pochodzenia harcerskiego”, a tacy nie tylko się nie boją, a wręcz lubią przecierać nowe szlaki.
Nasi podopieczni, ludzie ubodzy – jak wielu mieszkańców dużych miast w owym czasie, bywało – „nie wychylali nosa” poza dzielnicę zamieszkania. Chcieliśmy im pokazać, że horyzont świata nie zamyka się o trzy ulice dalej. Organizowaliśmy dla nich wycieczki z zamiarem pokazania innych obrazów świata i życia, poszerzenia horyzontu wyobrażeniowego. Dla urozmaicenia monotonii ich życia o integracyjne akcenty odświętności organizowaliśmy uroczystości z różnych okazji dla 200-300 osób. Staraliśmy się nie utrudniać im zabrania tego, co zostawało na stołach, żeby nie musieli nic ukradkiem, „po złodziejsku”. Z egzaminu cukierników w Izbie Rzemieślniczej dostawaliśmy dwa razy w roku torty, ciasta i ciastka dla naszych podopiecznych. Kiedy kończył się rok budżetowy, resztkę pozostających do wykorzystania pieniędzy (jak wiadomo w budżetówce środki niewykorzystane do 31 grudnia przepadają) zamienialiśmy na bony żywieniowe, zwłaszcza dla bezdomnych. Wówczas jeszcze nie było schronisk dla bezdomnych, bo i społeczna skala bezdomności była niewielka. Ponieważ wtedy opieka społeczna była umieszczona organizacyjnie w strukturach służby zdrowia, często udawało się nam umieścić bezdomnego w szpitalu, aby go wykąpać, ubrać i podleczyć. Osoby stare i samotne, które nie chciały iść do domu rencistów lub zakładów opiekuńczych dla przewlekle chorych, mogły pójść do „rodziny zastępczej”. Stworzyłam osiemnaście takich rodzin. Podaję tutaj przykłady inicjatyw naszego zespołu realizowanych obok żmudnych zadań dnia powszedniego, wynikających z obowiązków ustawowych.

Dom Dziennego Pobytu

W roku 1974 pełna zapału Lidia roztacza przed zwierzchnikami wizję nowej możliwości aktywizacji życia seniorów w innowacyjnej formie zorganizowanej. Celem przedsięwzięcia jest oddalenie poczucia izolacji społecznej niesionej przez postępujące starzenie się. Jest to idea stworzenia Domu Dziennego Pobytu. Wizja ta została zaakceptowana. – Miałam szczęście trafiać na dobrych, sprzyjających ludzi – mówi. Pomija skromnie, że ludzie sprzyjają również wówczas, gdy widzą pomysły mądre, przekonujące, dobrze uzasadnione i kompetentnie zaprezentowane.
Ówczesna dyrektor Wydziału Zdrowia w Urzędzie Miasta była pasjonatką pracy socjalnej. Bardzo wspierała twórcze zamysły młodej kadry. Naczelnik Gminy Wilda także aprobował ten pomysł. Włączył się czynnie. Z upatrzonego na ten cel budynku przekwaterował lokatorów, dając im mieszkania gdzie indziej (lata siedemdziesiąte to okres intensywnego budownictwa mieszkaniowego). Na zdobycie wyposażenia ośrodka zaktywizowały się wszystkie służby Zakładu Opieki Zdrowotnej, w którego strukturach pracowała pomoc społeczna. – Zrobiliśmy bajkę – wspomina pani Wrocińska. – Ale trochę czasu nam to zajęło. Zanim zdążyliśmy rozpocząć tam zajęcia, nadeszła reforma administracji 1975 roku. Poznań utracił status miasta wydzielonego, administracja miejska została scentralizowana, gminy miejskie przestały istnieć. Nowy dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego podjął decyzję o innym wykorzystaniu naszej, z takim trudem stworzonej „bajki”. Ulokował tam ośrodek wsparcia dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Cóż, na różnych szczeblach zarządzania ten sam problem może mieć inną rangę. Trudno podważać taką decyzję, ale frustracja pozostaje.

Dla emerytów

W nowych strukturach organizacji administracji pani Lidia przechodzi na bardziej uogólnione, koordynacyjne pole działania. W Wojewódzkim Ośrodku Opiekuna Społecznego zajmuje się wspieraniem działań pracowników socjalnych w Ośrodkach Zdrowia, a kiedy w roku 1990 powstaje Wojewódzki Zespół Pomocy Społecznej, zostaje powołana na jego szefa z możliwością kreowania polityki senioralnej w Wielkopolsce.
Powróćmy jednak na wcześniejszą ścieżkę. Jest końcówka lat siedemdziesiątych. W Polce działa już kilka Uniwersytetów III Wieku. Wrocińska widzi w tym przedsięwzięciu szansę na profilaktykę degradacji intelektualnej starzejącego się pokolenia. Skoro widzi szansę, to na pewno coś z tym zrobi. I robi. Bo robienie „czegoś” dla aktywizacji społecznej ludzi odchodzących w społeczny niebyt jest misją jej życia. Nie można pozwolić ludziom iść „w niebyt”. Państwo oferowało pracy pod dostatkiem. Nie było bezrobocia. Ale po zakończeniu pracy zawodowej oferty nie było żadnej. U emerytów zaś samotność łączy się z uszczuplaniem kontaktów społecznych oraz brakiem jakiegokolwiek zajęcia. Emeryci czuli się zagubieni, porzuceni, niepotrzebni. A tymczasem osoby w starszym wieku mogą być bardzo aktywne w sferze samorealizacji, jeśli ktoś pomoże im znaleźć odpowiednie pole działania.

Czas na UTW

Za jedno z takich pól pani Lidia uznała uniwersytet. Przedsięwzięcie jest jednak na dużą skalę, na poziomie znacznie wyższym niż podstawowy, musi więc mieć rangę, wsparcie „czynników”, rozwiązania finansowe, bazę logistyczną, dydaktyczną i tak dalej. Pani Wrocińska podejmuje intensywną pracę koncepcyjną i działania realizacyjne. Chodzi, rozmawia, przekonuje, naświetla, agituje, czeka w sekretariatach… Uniwersytetu nie stać na samodzielność. Musi być „przy czymś”. Może przy Towarzystwie Wiedzy Powszechnej? Może przy Związkach Zawodowych, co zagwarantuje sponsoring największych zakładów pracy?
– Jakoś dowiedziałam się o dr. Stanisławie Jankowskiej, geriatrze. Dużo mi naświetliła ze swoich doświadczeń. Po tej rozmowie zdecydowałam oprzeć się nie o zakłady pracy, lecz Towarzystwo Wolnej Wszechnicy Polskiej. Przy wsparciu różnych, rzecz oczywista „wysoko postawionych” osób (a uzyskanie tego wsparcia było pracą mozolną), doprowadziłam do otwarcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Poznaniu w dniu 17 grudnia 1979 roku w siedzibie Klubu Lekarza, a dyrektor Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia wsparł tę inaugurację ufundowaniem koncertu Estrady Poznańskiej. Był to ogromny sukces. Ze znalezieniem pierwszych słuchaczy, przy swoich rozległych kontaktach z podopiecznymi, nie miałam kłopotu – wspomina pani Lidia.

Rzeczowa, życzliwa, skromna

W 1991 roku organizacja usamodzielnia się jako Towarzystwo Uniwersytet Trzeciego Wieku w Poznaniu. Już trzydziesty ósmy rok pani Lidia Wrocińska-Sławska pieści dzieło swego życia jako jego modus operandi w niezmiennej funkcji wiceprezesa. Jak wiadomo z życia, to wiceprezesi i wicedyrektorzy, a nie kto inny, kręcą zamachowym kołem życia każdej zorganizowanej struktury.
Organizacja przez lata rozrosła się, okrzepła, zyskała status organizacji pożytku publicznego, rozbudowała formy działania, na przestrzeni lat gościła prawie 6000 słuchaczy, bieżąco ponad 1200, praca biegnie w 22 sekcjach i kilku kołach zainteresowań, realizuje kontakty zagraniczne i krajowe, patronuje w sposób nieformalny 40 wielkopolskim uniwersytetom trzeciego wieku, bierze udział w sympozjach i konferencjach, udostępnia się badaniom naukowym, magistrantom i doktorantom… a w cieniu tej machiny, spokojnie i rzeczowo, skromnie i bez szukania rozgłosu, z właściwą sobie pogodą ducha i rozsądnym entuzjazmem, społecznie pracuje zawsze uśmiechnięta i życzliwa, schludna i skromna Lidia Wrocińska-Sławska, z której nauczycielki szkolne wydobywały wszystko, co najlepsze.
A jako przedszkolaczek nie lubiła zabaw w piaskownicy. Niby zwyczajny człowiek. Niby…

Andrzej Wasilewski

Starszy artykuł

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany