Krzesimir Dębski. Mistrz nie zwalnia tempa

Krzesimir Dębski. Mistrz nie zwalnia tempa

Tego lata odbył się „Markowy Festiwal” – impreza muzyczna będąca  pokłosiem Festiwalu im. Marka Grechuty, który przez kilka lat odbywał się w Świnoujściu. Jednym z gości festiwalu był – znakomity skrzypek jazzowy, dyrygent, kompozytor i aranżer – Krzesimir Dębski. Spotkanie z mistrzem było okazją do porozmawiania o jego powrocie do jazzu, reaktywacji zespołu „String Connection” oraz o najnowszych  dokonaniach mistrza w obszarze kompozytorsko-literackim. Z Krzesimirem Dębskim rozmawiał Andrzej Wiśniewski.

Więcej aktualnych informacji znajdziesz na stronie głównej GazetaSenior.pl

Andrzej Wiśniewski: Jest Pan człowiekiem wielu talentów – ostatnio napisał Pan książkę, komponuje piosenki, tworzy muzykę filmową i teatralną, jest też wybitnym skrzypkiem jazzowym, nie stroni od muzyki współczesnej. Czy  taka różnorodność  zainteresowań nie pozostaje bez wpływu na jakość twórczości?

Krzesimir Dębski: Dla mnie ta cała sytuacja, o której Pan wspomniał, jest  trochę skomplikowana. Często się zastanawiam, czy to dobrze, że zajmuje się tak wieloma sprawami. Bywa tak, że powierzchowność stwierdzeń kolegów po fachu, czy też części słuchaczy, którzy nie wnikają głębiej w to, co tworze i jaki przyświeca mi cel, próbują traktować mnie trochę jak chałturnika, który robi wszystko a jak robi wszystko to oznacza ni mniej, ni więcej, że robi to źle. Ja tymi opiniami się nie przejmuję, robię to co chcę, tworzę, jak czuję, a powierzchowne opinie nie są dla mnie ważne. Dodam, że to, co robię, sprawia mi przyjemność i satysfakcję. Inni wielcy mistrzowie też tworzyli różnorodnie i wyszło im to na dobre.

Swoją karierę muzyczną zaczynał Pan od jazzu. Przez kilka lat zespół „String Connection”, który Pan współtworzył i w którym grał, wytyczał kierunki jazzu w Polsce i Europie. Dostrzeżeni zostaliście też w świecie. Po kilku latach zespół przestał grać, Pan zajął się tworzeniem muzyki filmowej i nie tylko. Teraz powrót  do jazzu. Dlaczego?

Ten powrót ma dwa powody. Pierwszy to sentyment do jazzu. Ja bardzo lubię małe kluby jazzowe, gdzie publiczność jest na wyciągnięcie ręki i która żywo reaguje na to co się dzieje na scenie. Lubię też bezpośredni kontakt z odbiorcą jazzu. Drugi powód powrotu to improwizacja. Wiadomo, że nie ma jazzu bez improwizacji, ona jest kwintesencją tego gatunku muzyki. Pragnę zauważyć, że mnie jako człowiekowi tworzącemu również muzykę współczesną, improwizacja poszerza możliwości kompozytorskie. Improwizację stosuję też w muzyce filmowej – niech przykładem będzie serial telewizyjny „Ranczo”. W czołówce tego filmu dograłem improwizowane jazzowe partie skrzypcowe. Muzykę do tego filmu skomponował mój syn Radzimir. Należy też wspomnieć, że wielcy kompozytorzy również improwizowali. Godzinami szukali tego, co potem zapisywali i utrwalali jako kompozycje, które przeszły do historii muzyki. Staram się robić podobnie. Oczywiście ja się z nimi nie porównuję, ale takie działania mistrzów są dla mnie inspiracją.

A co z zespołem „String Connection”?

Reaktywowaliśmy się kilka lat temu, by zagrać tylko kilka koncertów. Okazuje się, że kilka koncertów przerodziło w się systematyczne granie. Kilka tygodni wcześniej byliśmy w trasie koncertowej. Działanie utrudnia nam śmierć naszego klawiszowca Janusza Skowrona. W związku z tym musiałem odłożyć skrzypce, zmieniliśmy trochę formułę zespołu i skrzypiec w tej konfiguracji jest nieco mniej. Teraz gram na klawiszach i widać, że nie jest źle. Gramy w klubach, spotykamy się z muzykami, dużo radości daje nam wspólne muzykowanie. Bardzo się cieszę!

Współpracuje Pan też z młodymi jazzmanami. Jakie miejsce ta współpraca zajmuje w pańskiej działalności artystycznej?

Młody polski jazz to zjawisko, które cały czas się rozwija. Jest wielu młodych, zdolnych muzyków. Sporo koncertują, nagrywają, komponują. My doświadczeni, musimy się bardzo starać, by im dorównać. Młodzi jazzmani są znakomicie wykształceni, a na każdym w instrumencie w Polsce jest po kilkunastu muzyków, którzy mają coś do powiedzenia. Ostatnio skomponowałem dla jednego z młodych muzyków gitarzysty jazzowego z Poznania koncert na gitarę i orkiestrę symfoniczną. Jestem bardzo zadowolony z tej współpracy. Myślę, że to wspólne muzykowanie z młodymi jeszcze się rozwinie.

I na koniec naszej rozmowy proszę o dwa zdania na temat pańskiej książki. Jej tytuł to „Nic nie jest w porządku”?

Treścią tej książki jest Wołyń i wydarzenia, które się tam rozegrały podczas II Wojny Światowej. Zająłem się to tematyką, gdyż te tragiczne wydarzenia dotknęły moją rodzinę.
Przez całe życie żyłem w cieniu rzezi wołyńskiej. Moi rodzice cudem uratowali się z pogromu, jaki urządzili Ukraińcy z UPA we wsi Kisielin i okolicach, gdzie zginęło okrutną śmiercią kilkudziesięciu Polaków. Relacje świadków tej rzezi, w tym rodziców są wstrząsającym świadectwem ludobójstwa. 11 lipca 1943 r., Krwawa Niedziela na Wołyniu, w tym dniu nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do domów i kościołów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków zebranych na sumach. Napadli też na kościół w Kisielinie, gdzie na mszę poszli moi rodzice. Ta niedziela była dniem rozpoczynającym masakrę. Wcześniej zdarzały się mordy, ale od tej niedzieli zaczęła się rzeź. Urodziłem się dziesięć lat później, jednak kolejne wydarzenia 11 lipca 1943 r. znam z relacji rodziców, jakbym sam je przeżył. Mama z ojcem uciekli z pogromu, Ukraińcy jednak porwali i zabili mojego dziadka i babcię. Po latach poszukiwań odnalazłem mordercę!

Dziękuje za rozmowę!

fot. Leszek Szymański PAP Foto

Może Cię zainteresować:

WARTO tu być! Rozmowa z Felicjanem Andrzejczakiem

Jak zorganizować urodziny seniora, jubileusz UTW, dni seniora, by stały się niezapomnianym wydarzeniem?

Andrzej Wiśniewski
Kategorie
Udostępnij